25 maj 2018

'Niedobry pasterz' P. Borkowski


Opis:
W podolsztyńskim lesie zostaje brutalnie zamordowana piętnastolatka. Ślady na ciele oraz ubraniach wskazują, że morderca był bezwzględny.
Kiedy w kilka dni po odnalezieniu zwłok okoliczny pijak przyznaje się do winy, sprawa wydaje się zamknięta. Do momentu, gdy na komisariat przychodzi ksiądz miejscowej parafii i oznajmia, że to on zabił dziewczynę.
Presja mediów i społeczeństwa, by znaleźć mordercę, jest na tyle duża, że policja zwraca się do psychologa Zygmunta Rozłuckiego, który podejmuje śledztwo dopiero wtedy, kiedy do Olsztyna przybywa jego dawna miłość – żądna władzy dziennikarka Janczewska.
Działając w duecie, przysporzą sobie wielu wrogów, a ich własne życia znajdą się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.


Opinia:

Przyznaję, że dałam się nieźle zaskoczyć. A tak naprawdę jedynym, co mi w książce nie pasowało, był trochę przesadzony wątek alkoholizmu głównego bohatera. Pan Przemysław ma lekki, ale dosadny styl, dzięki czemu książka niesamowicie wciąga. Sam opis śledztwa, niekompetencji niektórych policjantów i nasze polskie realia tworzą swojski, dobrze znany klimat, przez co powieść wydaje się być tym bardziej realna.

Pisząc o przesadzonym wątku alkoholizmu, nie mam wcale na myśli, że został on przedstawiony niewłaściwie. Sądzę natomiast, że było tego za dużo i momentami przyćmiewał on właściwą akcję. Poza tym jednak... Co tam się działo! Dałam się wyprowadzić w pole, a kiedy już sądziłam, że odkryłam sprawcę, okazało się, że to nie on! Przeczytałam to zdanie chyba z dziesięć razy, ponieważ nie mogłam w to uwierzyć. Rozwiązanie sprawy natomiast mogłoby wydawać się banalne, ale za to niezwykle prawdziwe - w końcu takie rzeczy się zdarzają. W ogóle autor wodzi czytelnika za nos, podsuwa fakty, po czym okazuje się, że nie mają takiego znaczenia, jakie  powinny, ponieważ pojawia się coś jeszcze. Nie mogę za to przeżyć zakończenia! Tak nie wolno kończyć, absolutnie! Powinno to zostać zakazane...

Ludzkie słowa i czyny bywają wieloznaczne i nigdy nie możemy być pewni, czy znaczenie, jakie im przypisujemy, nie bierze się z filtra, jaki nakłada na nie nasz własny umysł.
Zygmunt Rozłucki to postać kontrowersyjna. Z jednej strony psycholog, który pracuje z ludźmi trudnymi, nawet psychopatami. Z drugiej sam ma problem z alkoholizmem. Czy to etyczne i moralne, aby taka osoba zajmowała się psychiką innych? Osobiście nie przepadam aż tak za głównym bohaterem, mogłabym nawet powiedzieć, że jako człowieka niezbyt go szanuję, ale potrafił być również dobrym człowiekiem. I tak w sumie cieszy mnie, że nie jest on idealny, nie jest detektywem pierwszej klasy, odpicowanym w każdym detalu. U Borkowskiego zresztą w ogóle nie ma postaci idealnych. Są to zwyczajni, zazwyczaj prości ludzie, jakich możemy spotkać na co dzień na ulicy. Ludzie z problemami, pasjami i utrapieniami. Najbardziej polubiłam Weronikę, jedną z policjantek biorących udział w śledztwie. Była kobietą zdecydowaną, wiedzącą, czego chce i umiejącą to osiągnąć. 

Książka na pewno nie jest dla osób o słabych nerwach, ponieważ dotyczy jednak morderstwa dziecka. Ponadto porusza tematy kontrowersyjne, jak choćby ksiądz-pedofil. Według mnie doskonale oddaje polskie realia, a do tego jest świetnym kryminałem psychologicznym. Zdecydowanie chciałabym zapoznać się z Zakładnikiem, gdy tylko znajdę na to chwilę czasu, ponieważ dawno nie czytałam tak ciekawej i mającej wiele oblicz sprawy kryminalnej!

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona.

23 maj 2018

'Ssij, mała, ssij' C. Moore


Opis:

Doskonała humorystyczna powieść o seksie w wielkim mieście, życiu po śmierci i problemach z mieszkaniem w San Francisco. Love story dla kobiet z charakterem i samców beta. Nowa powieść Christophera Moore'a, amerykańskiego Monty Pythona, uważanego przez krytyków za kontynuatora stylu Kurta Vonneguta.

Opinia:

Love Story to opowieść o wampirach w San Francisco, o Cesarzu (znanym z innych książek Moore'a), o miłości i fascynacji. To po prostu komedia przypadku i parodia miejskiego życia. To seria, którą zdecydowanie powinniście przeczytać, jeśli tylko macie 18 lat i lubicie czarny humor.

O tak, czarny humor, sarkazm i parodia uderzą was na każdej stronie. Kontynuacja losów Jody i Thomasa powiązana jest także z Brudną robotą. Do grona stałych bywalców wkraczają Abby oraz Blue. Dodają pikanterii i robią zamieszanie, a Jody nigdy nie miała więcej problemów na głowie. Thomas za to próbuje odnaleźć się w nowej roli, co nie do końca mu wychodzi.

Z wyjątkiem seryjnych zabójców i sprzedawców samochodów, uważających, że to dobra jednostka do mierzenia pojemności bagażnika, nikt nie lubi martwej dziwki. („Tak, można tym przewieźć pięć, może sześć martwych dziwek”).
Jody nadal jest szalenie apodyktyczna, zwłaszcza jako księżna. Zdaje też sobie sprawę z tego, że woli życie jako wampir niż człowiek. Thomas za to stał się szalenie słodki i zabawny w taki uroczo-głupkowaty sposób. Cóż rzecz - parodia typowego faceta, u którego dziki małpi seks jest na równi z nowym mieszkaniem. Abby to taka nieco psychofanka, ale jej pamiętnik czytało się świetnie (zwłaszcza fragment o odgryzaniu główek żelkowym misiom). Za to Blue, och, to dopiero bohaterka. Kiedy Zwierzaki stwierdzą, że zawsze chcieli przelecieć Smerfetkę, już nic ich nie powstrzyma, ale Blue będzie miała w tym własny plan. 

Ciężko napisać mi opinię, ponieważ głównym wątek fabuły będzie spoilerem do części pierwszej. Jeśli jednak spełniacie dwa warunki z akapitu pierwszego, radzę sięgnąć po tę amerykańską serię pełną porąbanych sytuacji i tekstów, ponieważ nie można się przy niej nudzić :)

17 maj 2018

'Tancerze burzy' J. Kristoff


Opis:

Pierwsza część trylogii "Wojna lotosowa" wprowadza czytelników w świat wysp Shima, które, rządzone przez okrutnego szoguna, są na granicy przetrwania: toksyczny przemysł wyniszcza państwo, a władca dba wyłącznie o własne interesy. Tajemnicza, wszechmocna Gildia surowo karze każdego, kogo podejrzewa o Nieczystość. W tym świecie zaawansowana technologia przeplata się z japońską mitologią. W tych niespokojnych czasach szogun wydaje polecenie: wysyła Yukiko i jej ojca po gryfa – gatunek istniejący już tylko w legendach – co od początku jawi się jako zadanie niemożliwe do wykonania. Życie ojca i córki wisi na włosku, bo jak wszyscy doskonale wiedzą, szogunowi się nie odmawia. Jednak misja okazuje się daleko bardziej niebezpieczna niż niemożliwa.

Opinia:

Tancerze burzy pełni są opisów oraz japońskich określeń (niech żyje słowniczek na końcu książki!). Z jednej strony to dobrze, ponieważ mamy okazję poznać stworzone uniwersum i rządzące nim zasady. Jednak w tą opisowość wkrada się również pewna powtarzalność, która niekiedy niesamowicie mnie nużyła, a przez to traci trochę akcja. Także styl autora opisałabym jako ciekawy, ale bardzo opisowy.

Historia wyspy Shimy to w dużej mierze rozgrywka polityczna. Iluż powieści w tym stylu nie czytaliśmy - uciśniony lud, obłęd u władzy, zadufana w sobie szlachta oraz rebelia za rogiem? Jednak Tancerze burzy mimo wszystko są dość oryginalni na rynku przesyconym tego typu historiami. Sądzę, że dużą rolę odkrywa w tym kultura japońska, która raczej rzadko pojawia się w książkach fantasy. Dodatkowo czynnikiem winnym całej ludzkiej tragedii jest... kwiat. Dokładnie krwawy lotos mający co prawda wiele zastosowań, ale niezwykle szkodliwy. Pan Kristoff nie szczędzi bohaterów, wyposażając ich w tragiczną przeszłość, okrutną teraźniejszość i usłaną trupami przyszłość. Czytaniu towarzyszy mroczy, duszący klimat lotosowego dymu. Iskierką nadziei okazuje się wątek przyjaźni między Buruu a Yukiko. Fabuła jest generalnie spójna, ale autor ma tendencję do zapominania o bohaterach, którzy akurat w tym momencie nie są mu potrzebni.

Ludzie, którzy nienawidzą pieniędzy, sami ich nie mają. Ludzie nienawidzący władzy są jej pozbawieni.
Dzięki narracji z kilku perspektyw możemy poznać kilkoro bohaterów lepiej. Pierwszą z nich jest wspomniana wcześniej Yukiko. Dziewczyna nienawidząca Gildii, mająca niezwykły talent oraz jeszcze większy temperament. Nie zawsze potrafi się dostosować do sytuacji, ale to czyni ją tylko bardziej realną. Poznajemy również jej ojca, nałogowego palacza lotosu, Wielkiego Łowczego. To bohater, wobec którego mam mieszane uczucia. Z jednej strony rozumiem jego motywy, ale z drugiej nie da się ukryć, że wykazuje on pewną słabość. Chciałabym też opowiedzieć o Kinie, ale niestety nie mogę zdradzić, jaką odgrywał rolę. Polubiłam go za jego chęć pomocy Yukiko, za tę chęć wolności i zrobiło mi się go żal, gdy został tak niewdzięcznie potraktowany przez jedyną osobę, na której mu zależało. Shogun okazał się za to postacią szaloną, ale nie przerażającą; raczej słabą i kryjącą się za swoim statusem. Buruu, kolejna postać, której roli nie mogę zdradzić, skradł moje serce, ale coś czuję, że częściej bym się z nim kłóciła niż zgadzała.

Pierwszy tom Wojny lotosowej spodobał mi się, ale nie rzucił na kolana. To na pewno ciekawe oderwanie od wiecznie obecnych kultur greckich, rzymskich czy ostatnio słowiańskich w powieściach. Japońska wyspa Shima zadusi was lotosowym dymem, będziecie chcieli uciec wraz z Yukiko i Buruu ku błękitnemu niebu i miejscu, gdzie deszcz nie zatruwa wszystkiego, na co spadnie. Osobiście odczuwam przesyt opisami, ale na pewno sięgnę po kolejny tom, ponieważ uważam, że to bardzo oryginalna historia oparta na wierzeniach i kulturze, która w literaturze fantastycznej nie pojawia się zbyt często.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Uroboros.

16 maj 2018

Co polscy blogerzy sądzą o czytaniu polskich autorów?

Dzisiaj post, do którego zbierałam się bardzo długo, bo nie miałam czasu ogarnąć odpowiedzi moich koleżanek po fachu w zgrabną całość. Jednak nareszcie znalazłam na to chwilę! :)
Kiedy słyszę zdanie, że nie czytam Polaków, bo nie, bo to polskie, coś mnie trafia... Jakoś nie słyszałam osobiście podobnych zdań o innej literaturze. Dlatego postanowiłam zebrać opinię chętnych dziewczyn i przedstawić wam je w formie a la wywiadu :) Zapraszam do czytania! :)

Jakie znasz ciekawe książki z miejscem akcji w Polsce? 

Kitty: I to ile! Choćby ostatnio przeczytana Toń Marty Kisiel czy Trup na plaży Jadowskiej. W ogóle te dwie autorki trzymają się w większości polskich realiów :)

Książkowa Pasja: Oczywiście! Nie szukając daleko: z przyjemnych New adult książki autorstwa Martyny Senator – „Z popiołów”, „Z otchłani”, thriller medyczny Katarzyny Bereniki-Miszczuk, czy choćby seria autorstwa Remigiusza Mroza o wszystkim znanej Chyłce,. Są to tytuły, których akcja dzieje się w Polsce i wcale z tego względu nie tracą na wartości. Wręcz przeciwnie, pozwalają nam lepiej poznać nasz i zwiedzić nasz kraj.

Asia: Szczerze mówiąc nie kojarzę zbyt wielu. Przychodzi mi do głowy jedynie „Nocarz” Magdaleny Kozak. Czytam w większości fantastykę, której akcja dzieje się w wymyślonym świecie. 

SadisticWriter: Jest ich mnóstwo! Bardzo lubię „Poczet dziwów miejskich”, ponieważ akcja dzieje się we Wrocławiu, w którym mieszkam – to przezabawna pozycja z gatunku fantastyki! Dla wielbicieli młodzieżowych klimatów – warszawskie „Urodzeni, by przegrać” od Igi Wiśniewskiej. 

Jellyfish: 
„Nomen Omen” Marty Kisiel
„Dożywocie” Marty Kisiel 
„Ja, Diablica” Katarzyna Bereniki Miszczuk 
„Druga szansa” Katarzyny Bereniki Miszczuk 
„Szamanka od umarlaków” Martyny Raduchowskiej

Dominika K.: Przede wszystkim seria Remigiusza Mroza z Chyłką i Zordonem. Zaraz za nią stoi moja ulubiona "Po prostu bądź" Magdaleny Witkiewicz oraz "Zanim zgasną gwiazdy" Martyny Senator. A ze szkolnych lektur uwielbiam "Granicę" Zofii Nałkowskiej. Jeśli natomiast chodzi o książki dla młodzieży, to tutaj prym zdecydowanie wiedzie Pani Ewa Nowak ze swoją "miętową" serią.

Jak reagujesz na zdanie nie przeczytam, bo polskie

Kitty: Zgrzytam zębami, ale cóż - i tak nie przemówię tym ludziom do rozsądku, aby nie klasyfikowali w ten sposób, bo w każdej narodowości trafią się lepsi i gorsi autorzy.

Książkowa Pasja: Wstyd przyznać, ale sama kiedyś miałam podobne podejście. Niestety w naszym społeczeństwie utarło się, że rodzime tytuły nie mogą być dobre i czytamy samą literaturę zagraniczną. Być może wywodzi się to ze szkoły i faktu, że kazano nam czytać coś, co nam się zupełnie nie podobało i zrażało nas do naszych twórców. 
Obecnie jednak jestem zdania, że nasi autorzy nie są gorsi, są na równym poziomie i klasyfikowanie „nie przeczytam, bo polskie” jest dla nich mocno krzywdzące. 

Asia: Takie przekreślanie książki tylko ze względu na pochodzenie autora jest dla mnie abstrakcyjne, ale potrafię zrozumieć, że ktoś mógł mieć naprawdę złe doświadczenia z naszą rodzimą literaturą. Sama mam lekki uraz do kilku polskich autorów i przez to mniej chętnie sięgam po polską fantastykę, chociaż wiem, że to irracjonalne. Wciąż czekam na tę jedną książkę, która wymaże złe wspomnienia. :) 

SadisticWriter: Zazwyczaj reaguję na to ze stoickim spokojem i cierpliwie tłumaczę, że aby oceniać, najpierw trzeba zapoznać się z odpowiednią ilością polskich pozycji książkowych. Nie można tak po prostu rzucić „nie przeczytam, bo polskie”. Jest tyle cudownych książek, które napisali Polacy! „Cudze chwalicie, swego nie znacie”! 

Jellyfish: *Angrymuffinmode on* 
Z jednej strony staram się znaleźć pokłady zrozumienia, bo kiedyś też wątpiłam w istnienie dobrej, polskiej literatury. Domniemam, że wynika to z postrzegania naszych książek przez pryzmat lektur szkolnych, które nie zawsze porywają, nawet jeżeli nauczyciele zarzekają się, że Słowacki wielkim poetą był. Ogólnie jak słyszę takie stwierdzenia, staram się pohamować irytację i przekonać daną osobę do spróbowania naszych polskich książek. W końcu: co mu szkodzi? 
Gorzej jak mam do czynienia z jakimś uparciuchem, który będzie najeżdżać na książki bez znajomości ich, wtedy – na Meduzę! – lepiej dla naszej dwójki, aby nie było mnie w pobliżu. 

Dominika K.: Jeśli ktoś naprawdę zraził się do polskiej literatury poprzez sięganie po niewłaściwe dla niego książki- po części rozumiem. Ale to trochę tak jakby powiedzieć, że nie zje się żadnego owoca w kolorze zielonym, bo kiedyś po kiwi miało się odruch wymiotny. Ciężko do jednego worka chować jedną narodowość, z góry zakładając że książki takiego pisarza są tragiczne. Autor autorowi nierówny.

Wiele ludzi rezygnuje z polskich książek po trafieniu na 2-3 złe pozycje. Czy zrezygnowałaś z jakieś narodowości tylko dlatego, że jakiś jej przedstawiciel napisał złą według ciebie książkę? 

Kitty: Trylogia Czasu mi się nie podobała, ale nie znaczy to, że nie przeczytam już żadnego niemieckiego autora, bo Baśniarz był cudowny. Klasyfikacja ze względu na narodowość jak dla mnie jest bezsensowna. Też czytałam złe polskie książki, zdarza się, nie mówię, że każdy Polak pisze cudownie. Ale tak samo źle piszą Niemcy, Francuzi czy Amerykanie, jak i potrafią pisać dobrze.

Książkowa Pasja: Nigdy nie zdarzyło mi się odrzucić narodowość ze względu na książki, które mi się nie podobały. Ba! Są narodowości, za którymi nie przepadam, nie będę się zagłębiać dlaczego, a ich dzieła szanuję i lubię! Moim zdaniem narodowość autora, bądź autorki nie ma nic wspólnego z książką. I tak powinno pozostać. 

Asia: Przez jakiś czas sama nie czytałam polskich autorów bo każda po którą sięgałam okazywała się dla mnie nie do przebrnięcia. Nie wiązałam tego jednak z pochodzeniem autora, raczej miało to dla mnie wymiar przesądu. Powiedziałam sobie, że na razie spróbuję czegoś innego i jak trochę się zdystansuję to wrócę do dzieł naszych pisarzy. :)

SadisticWriter: Nie, ponieważ autor autorowi nierówny. Każdy pisze inaczej. Rezygnowanie z twórczości danej narodowości to prawie rasizm! 

Jellyfish: Nie, to bardzo stereotypowe podejście. To tak, jakbyśmy z góry zakładali, że wszyscy Amerykanie są idiotami, ponieważ spotkaliśmy się z jakimś indywiduum, którego IQ było zabójczo niskie. Tylko dlatego, że jakaś (albo nawet kilka książek) reprezentantów danej narodowości była kiepska, nie znaczy, że kraj ten nie obfituje w niezłych pisarzy. 

Dominika K.: Nie. Tak jak pisałam wyżej- autor autorowi nierówny, chociaż w sumie ja rzadko sprawdzam jakiej narodowości jest pisarz.

Co sądzisz o polskich imionach w książkach? Czy to źle, że Polacy chcą być Polakami, a nie Amerykanami czy Francuzami? 

Kitty: Uważam, że jeśli akcja ma miejsce w Polsce - imiona powinny być polskie. Jeśli piszemy o Polakach za granicą, niechże też mają polskie imiona. Fantasy z wymyślonym światem? No przecież nic się nie stanie, jak pojawi się w nim Ania czy Bartek! Osobiście uważam, że to bardzo dobrze, że Polacy chcą być Polakami!

Książkowa Pasja: Na początku, gdy zaczęłam sięgać po polską literaturę było to dla mnie dość „wyraziste”. Przywykłam do tego, że bohaterowie są innej narodowości, a co za tym szło, mają zagraniczne imiona. Przestawienie się na polskie imiona zajęło mi może 2-3 książki, teraz to dla mnie norma. Ale patrząc na to obiektywnie, czemu polskie imiona w książkach mają być czymś złym, skoro takich właśnie imion używamy na co dzień w naszym życiu? 

Asia: Uważam, że wszystko zależy od umiejętności autora. Jeśli książka jest dobrze napisana to imiona postaci są sprawą trzeciorzędną. Nie ma dla mnie znaczenia jakich imion użyje autor jeśli historia będzie powalająca. Możliwe, że zagraniczne imiona czasem brzmią dla nas bardziej swojsko niż imiona polskie na skutek powszechnego przesycenia. Oglądamy zagraniczne filmy, seriale, czytamy dużo literatury, w której więcej jest Johna niż Jaśka. Imię powinno być dostosowane do miejsca akcji lub historii postaci. Jeśli rzecz dzieje się na Podhalu, a autor przedstawia nam Elisabeth Smith - góralkę z dziada pradziada i bez żadnych kontaktów dzięki którym mogła zyskać obco brzmiące nazwisko, to coś tu jest nie tak. 

SadisticWriter: Kiedy widzę polskie imiona w książkach, czuję, że jestem bliższa danej twórczości. Zupełnie jakbym czytała historię, która dzieje się tuż obok mnie. Polskie realia są nam wszystkim bliższe, wtedy czujemy się jak „u siebie w domu”. 

Jellyfish: Ależ skąd! Przecież to logiczne, że gdy akcja książki rozgrywa się w Pcimiu Dolnym, to spotkamy tam Janusza i Grażynę, a nie Jacques’a i Tatsuyę. W gruncie rzeczy o wiele bardziej sceptycznie podchodzę do książek polskich autorów, których akcja dzieje się w innym państwie, np. Stanach Zjednoczonych. Głównie ze względu na to, że nie wiem, czy dany autor opiera swoją wiedzę o realiach tego państwa na Wrednych dziewczynach czy pięcioletnim okresie zamieszkania w tym kraju (a niestety dość często chodzi o to pierwsze). 

Dominika K.: Miałam taki okres w moim czytelniczym życiu, że mogłam czytać polską literaturę, byle nie było w niej polskich imion, więc po części rozumiem osoby tak postępujące. Ja jednak już chyba wyrosłam z takiego myślenia, teraz już w ogóle mi to nie przeszkadza.

Trafiłaś na jakieś złe polskie książki? Co zrobiłaś? (możesz je wymienić ku przestrodze) 

Kitty: Oczywiście, że trafiłam, jak wspomniałam już wcześniej. Książką, którą uważam za najgorszą ever jest Zakon Achawy - autorstwa Polaka! Co zrobiłam? Spojrzałam na nią smutno, bo to jednak polskie, po czym zabrałam się za kolejną książkę! Niestety, self-publishing jest u nas mocno rozwinięty i to niekoniecznie dobrze. Inne złe polskie książki według mnie to Ekspozycja czy Falcon.

Książkowa Pasja: Szczerze mówiąc, nic poza lekturami, które były dla mnie oporne i nie w moim gatunku, nie przychodzi mi do głowy. Dodatkowo jestem osobą, której 95% książek się podoba, więc to pytanie jest trudne. Ale nie spotkałam się do tej pory ze złą polską książką, którą czytałam dla własnej przyjemności. 

Asia: Trafiłam na kilka nudnych pozycji i jedną po prostu złą, która zajęła pierwsze miejsce w rankingu najgorszych książek jakie przeczytałam. Chodzi o „Niewolnicę” A.M. Chaudière.

SadisticWriter: Oczywiście, że trafiłam. Co zrobiłam? Napisałam o nich szczerą opinię, tak jak zawsze to robię przy każdej książce, która mi się nie spodoba. Na chwilę obecną pamiętam, że do gustu kompletnie nie przypadł mi „Cykl” od Moniki Jagodzińskiej i „Wyspa Mgieł” od Marii Zdybskiej. 

Jellyfish: Pewnie, że tak, ale to normalne. Trafiłam też na złe książki z innych państw. Gdy książka mi się nie podoba, przerywam lekturę. Takim przykładem może być „Orędzie: tajemnica przyszłości”. 

Dominika K.: Owszem, było kilka takich książek, które mi się nie podobały lub podobały mniej. Pierwszą, która przychodzi mi do głowy jest "Sny" Anny Frankowskiej, tytuł w którym nic mi ze sobą nie grało. "Dworek pod lipami" był w porządku, ale chyba nie przepadam za taką spokojną literaturą obyczajową, przez co też nie oceniam jej mega pozytywnie, choć wiem że ma swoje plusy. "Krew Illapa" oceniłam negatywnie, choć z perspektywy czasu nie sądzę by była bardzo zła, tylko po prostu ma nadmiar wszystkiego.

Czy miałaś kiedyś "czytowstręt" do literatury polskiej? Jak go pokonałaś? A może pomogłaś go pokonać jakiemuś znajomemu? 

Kitty: Nie, więc nie musiałam go pokonywać. Może się to wiązać jednakże z tym, że tak generalnie, to nie czytywałam lektur :D Na pewno non stop próbowałam zmuszać Justi do polskiej literatury i widzę, że mi się nieco udało :D

Książkowa Pasja: Na pewno nigdy nie miałam wspomnianego „czytowstrętu” do polskiej literatury. Po prostu jej nie czytałam, choć nie wiem z jakich względów. Tak po prostu wyszło. Jednak jeśli ktoś ma taki problem, to polecam sięgnąć po polskie tytuły, najlepiej z ulubionego przez siebie gatunku, które są pionierami, pewnymi prekursorami w naszej literaturze. Np. kryminał – Mróz, literatura obyczajowa – Michalak, Miszczuk, fantastyka – Sapkowski, Ziemiański, itd. To na pewno przełamie problem wstrętu. 

Asia: Miałam, kiedy jeszcze chodziłam do szkoły trafiłam na jakiś zbiór opowiadań polskiego autora, przez który nie mogłam przebrnąć i mocno się zraziłam. Przyczyną nie była jednak zła książka, ale nieprzemyślany wybór lektury. Byłam wtedy dzieckiem, a książka była skierowana raczej do dorosłego czytelnika i nie do końca radziłam sobie z narracją i ciężką fabułą. Niedawno przyjaciółka pomogła mi przekonać się bardziej do polskiej fantastyki podsuwając świetne opowiadanie.

SadisticWriter: Miałam lekkie uprzedzenia do literatury polskiej, kiedy zaczynałam recenzować. Nie było to jednak na zasadzie: „Nie przeczytam tego, bo to polskie”, polegało to raczej na obawach. Włączał mi się wówczas znak ostrzegawczy z zapytaniem: „Czy skoro to polskie, to mi się spodoba?”. Z czasem, kiedy przeczytałam jednak więcej polskich pozycji, zmieniłam zdanie i teraz już nie mam zupełnie żadnych uprzedzeń. 

Jellyfish: Miałam go w gimnazjum, ale przekonała mnie „Ja, Diablica” Katarzyny Bereniki Miszczuk. Fabuła zaintrygowała mnie na tyle, że po prostu musiałam sięgnąć po tę książkę. I proszę, nagle się okazuje, że polscy autorzy potrafią dobrzepisać. 

Dominika K.: Nigdy nie miałam takiego "czytowstrętu" do literatury polskiej, jednak występuje on u mnie, gdy kilka razy pod rząd przeczytam książkę z takiego samego gatunku- wtedy najlepiej jest po prostu przeczekać taki stan, sięgając po coś innego.

Jaki gatunek polskich książek czytasz najczęściej i co byś z niego polecił? 

Kitty: No ba, że fantastykę! Na pewno moje ulubienice: Kasię Berenikę Miszczuk, Justynę Drzewicką, Martę Kisiel, Martynę Raduchowską, a ponadto Jakuba Ćwieka!

Książkowa Pasja: Najczęściej w moje ręce wpadają romanse/obyczajówki oraz fantastyka. Więc może po prostu polecę autorów, którzy moim zdaniem zasługują na uwagę: Miszczuk, Mróz, Haner, Pioruńska, Ziemiański, Lingas-Łoniewska, Senator, Jadowska, Raduchowska, Majewska/Docher, Rosik. Te nazwiska naprawdę warto znać. 

Asia: Oczywiście najczęściej fantastykę. Rodzimej czytałam niewiele i już dość dawno temu, ale pamiętam, że styl Magdaleny Kozak i Mai Lidii Kossakowskiej zapadł mi w pamięć. Niedawno czytałam świetne opowiadanie Kossakowskiej pt. Zwierciadło. Szczerze polecam. Jest po prostu piękne. :) 

SadisticWriter: Literatura młodzieżowa i fantastyka. Myślę, że mogłabym polecić to samo, co we wcześniejszych punktach, czyli „Urodzeni, by przegrać” jako literatura młodzieżowa, „Poczet dziwów miejskich” jako fantastyka, ale dorzucę jeszcze polską „Herbatę szczęścia” od Agnieszki Grzelak 

Jellyfish: Najprawdopodobniej fantastykę, wynika to z faktu, że po prostu najbardziej lubię ten gatunek. Na pewno poleciłabym książki Kisiel, Raduchowskiej i ostatnio przekonałam się do Teatru Węży Hałas. 

Dominika K.: Nie czytam jakoś mega dużo literatury polskiej, ale najczęściej sięgam po romanse i obyczajówki. Na pewno warto zaopatrzyć się w "Po prostu bądź" Magdaleny Witkiewicz. Czytam też Mroza, ale on sam w sobie jest gatunkiem :D Powieści młodzieżowe: książki Ewy Nowak, Idy Pierelotkin, Małgorzaty Musierowicz. Jest jeszcze Martyna Senator, czytałam jej "Zanim zgasną gwiazdy" i ciężko mi określić ten gatunek, ponieważ waha się on w okolicach romansu, fantastyki i leciutkiego kryminału.

Czy uważasz, że Polacy w jakichś gatunkach przodują, są lepsi np. od Amerykanów, Brytyjczyków czy innych narodowości? 

Kitty: Z racji, że czytam głównie fantastykę, ciężko mi to określić, ale uważam, że to nie zależy od narodowości, a od człowieka, który pisze książkę :)

Książkowa Pasja: Niestety, jak wspomniałam, nie klasyfikuję książek ze względu na narodowości. I nie chcę się wypowiadać, kto w czym przoduje. Ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nasi autorzy prezentują światowy poziom. 

Asia: Myślę, że nie można oceniać literatury ze względu na narodowość autora. W każdej nacji są autorzy lepsi i gorsi. Znowu przytoczę przykład literatury fantastycznej - znamy więcej dobrej polskiej i amerykańskiej fantastyki bo wydaje się jej w Polsce więcej niż tej z innych krajów. Nie oznacza to, że Francuzi czy Hiszpanie piszą gorzej. 

SadisticWriter: Nie szłabym w drugą stronę, która wysławiałaby polską literaturę ponad niebiosa, ponieważ każda narodowość ma powieści i dobre, i złe w danych gatunkach. Nigdy nie oceniałam, kto pisze lepiej i co, bo nie widzę w tym sensu. 

Jellyfish: Może nie tyle przodujemy, co naprawdę dobrze wychodzą nam dwa gatunki: fantastyka i science-fiction, chociaż to drugie może bardziej w przeszłości. Swego czasu, mniej więcej lata 80, powstało mnóstwo polskich książek z gatunku science-fiction, które dalej uznawane są za dobre. Poza tym dużą popularnością cieszy się w naszym kraju fantastyka (co zaskakuje np. Brytyjczyków), która zgromadziła na tyle dużo fanów, że mamy nagrodę wręczaną autorom przez fanów: Zajdla.

Dominika K.: Ciężko mi to stwierdzić, bo jednak rzadko patrzę na narodowość autora. Na pewno są pisarze, którzy wyróżniają się w swoim gatunku, są tłumaczeni za granicą i chwaleni, ale to nie świadczy o tym, że są lepsi od kogoś tam.

Czy spotkałaś się kiedyś ze stwierdzeniem, że ktoś danej książki nie przeczyta, bo jest amerykańska/japońska/chińska/rosyjska? (przy lit. japońskiej myślę o książkach, nie o mangach) 

Kitty: Nie, i to mnie nieco dziwi, że ten hejt jest tylko na naszą rodzimą literaturę :(

Książkowa Pasja: Jak tak teraz myślę, to chyba nigdy nie spotkałam się z takim stwierdzeniem. Choć w przypadku kultury japońskiej spotkałam się z lekko negatywnym nastawieniem, głównie ze względu na niewiedzę ludzi czym są tak naprawdę mangi i anime. 

Asia: Nie. Spotkałam się z brakiem chęci na polską literaturę w konkretnym momencie, ale nigdy nie słyszałam, żeby ktoś całkowicie skreślał książkę i zarzekał się, że nigdy jej nie przeczyta ze względu na narodowość autora. 

SadisticWriter: Nie, nie spotkałam się z takim stwierdzeniem, słyszałam tylko opinię „nie przeczytam polskiej książki”. 

Jellyfish: (Pytanie offtopowe, o mangach nie, a o lightnovel? :P) 
Raczej nie spotkałam się z takim stwierdzeniem dotyczącym narodowości. Słyszałam za to stwierdzenia „nie przeczytam tego, bo jest napisane przez kobietę”. 

Dominika K.: Tak naprawdę spotkałam się jedynie z takim przekonaniem w związku z literaturą polską. Może niezbyt często słyszę takie teksty, ale na tyle często by wyrobić sobie na ten temat własne zdanie.

Jaka była najgorsza przeczytana przez ciebie książka i jakiej narodowości był jej autor? Czy to coś zmieniło w podejściu do danego narodu? 

Kitty: Jak już wspomniałam, była to książka polska - Zakon Achawy. Nic to nie zmieniło, jeśli chodzi o moje podejście do polskich autorów. Raczej zniechęciło mnie do self-publishingu wydawnictwa Psychoskok.

Książkowa Pasja: Najgorsza książka jaką przeczytałam to „Niepokorna”. Jej autorka MadelineSheehan to chyba Amerykanka, choć pewności nie mam. Na pewno ta książka nie zmieniła mojego podejścia do narodowości w żaden sposób. Jedynie trochę negatywnie nastawiła mnie w stosunku do autorki. Jednak nie ma to nic wspólnego z innymi amerykańskimi autorami i autorkami. 

Asia: Wyżej wspomniana „Niewolnica” napisana jest przez polską autorkę pod pseudonimem. Nie zmieniła we mnie podejścia do polskiej literatury, ale sprawiła, że ostrożniej dobieram książki. Teraz wybierając tytuł sięgam zazwyczaj po znane mi wydawnictwa do których mam zaufanie.

SadisticWriter: To trudne pytanie, bo częściej widzę literaturę w gatunkach i w przedziale „dobra książka/zła książka”, niż w przedziale narodowości. Zresztą… jak można oceniać narodowość poprzez literaturę, skoro ta jest tak różnorodna? 

Jellyfish: „Dręczyciel” Penolope Douglas – autorka narodowości amerykańskiej. I nie zmieniło to mojego podejścia do tego państwa.

Dominika K.: Była to chyba "Dzikie stwory" Dave'a Eggersa, który jest Amerykaninem, więc nie, bo amerykańskie książki czytam jednak najczęściej. Jeśli nie spodobała mi się książka danego autora, to nie sięgam po inne jego książki, a nie od razu wykluczam caly naród ;)

Czy chciałabyś dodać coś od siebie? :)

Książkowa Pasja: Nie bójmy się sięgać po polską literaturę, dajmy jej szansę. Stare, mądre stwierdzenie „cudze chwalicie, swego nie znacie” idealnie oddaje stosunek Polaków do naszej rodzimej literatury. Tylko dlaczego możemy wychwalać zagranicznych autorów, a naszym nawet nie damy szansy?! Zmieńmy to :)

Asia: Myślę, że powiedziałam wszystko co chciałam. Niech Moc Słowa będzie z Wami. :)

SadisticWriter: Błagam, nie demonizujcie literatury polskiej. Wystarczy dać jej szansę, trochę poszukać, poczytać opinie, znaleźć coś, co wam się spodoba. Na pewno gdzieś tam, daleko znajduje się polska książka, która jest wam przeznaczona. Wcale nie jesteśmy gorsi od reszty narodowości, trochę więcej wiary w nasze polskie możliwości! Powinniśmy wspierać naszych! 

Dominika K.: Uważam, że każdy powinien czytać co chce i mieć własne zdanie, tak samo jak każdy może mieć kontrargumenty. Literatura powinna łączyć, a nie dzielić. Trochę mi smutno, że wiele osób nie sięga po naszą rodzimą literaturę, jestem w stanie nawet zrozumieć kierujące nimi motywy, ale osoby które nigdy nawet kijem nie dotknęły polskich książek, a z mostu mówią że jest ona zła i nic niewarta, postępują niedorzecznie. Żeby wyrobić sobie opinię, trzeba czegoś doświadczyć. Jak chcemy krytykować, to krytykujmy coś co znamy.

A ja na koniec chciałam tylko wspomnieć, że ten post wyszedł idealnie tak, jak chciałam. Nie chodziło o wychwalanie literatury polskiej pod niebiosa. Nasi autorzy nie są bogami pisarstwa. Chodziło mi o pokazanie pewnej dyskryminacji względem rodzimych książek. Nie przeczytam, bo polskie, ale co to znaczy, że polskie? Czy nasi autorzy mają jeden styl, jeden język, jeden schemat? Równie dobrze można by powiedzieć nie przeczytam, bo rosyjskie, ale tak nikt nie mówi. Tak samo można by odnieść się do każdej narodowości, ale jak zostało to wspomniane wyżej - co ma narodowość do tego, aby jakąś literaturę lubić, a jakiejś nie? 

Bardzo dziękuję dziewczynom za udział i poświęcony na odpowiedzi czas oraz zapraszam na ich blogi! :)

14 maj 2018

'Post Scriptum' M. Wójtowicz


Opis:

Piotr Strzelecki, psycholog, coach i doradca post mortem wraz z Sabiną Piechotą, specjalistką ds. BHP prowadzi firmę PS Consulting, której docelowymi klientami są osoby nienormatywne: wampiry, wiły, wilkołaki, obłoczniki. Piotr i Sabina też są nie do końca ludźmi… i radzą sobie z tym każde na swój sposób. Ona nadmiernym spożyciem wyrobów cukierniczych, on medytacją i wdychaniem lawendy. Przypadkiem oboje zostają wplątani w intrygę kryminalną: ktoś nastaje na życie (lub też egzystencję duchową) brzeskich nienormatywnych. Mimo oporów ze strony Sabiny, z inicjatywy Piotra podejmują śledztwo – a raczej próbują je podjąć. Świadomi własnego braku kompetencji w pracy detektywistycznej, szukają pomocy u opolskiego policjanta, który raz w miesiącu zwykł wyć do księżyca. Tymczasem tajemniczy morderca sięga po osikowy kołek… i sprawy przybierają bardzo niekorzystny obrót dla pary detektywów-amatorów.

Opinia:

Kolejna polska autorka udowadnia, że nie wiedzą, co tracą ci, którzy rodzimej fantastyki unikają. Styl pani Mileny to mieszanka humoru oraz emocji, z minimalną, ale taką akurat ilością opisów. Podoba mi się też to, że nie podała nam na tacy, jakimi stworzeniami są nasi główni bohaterowie, więc mamy szansę odgadnąć to sami. Z marszu pokochałam tę powieść za poczucie humoru autorki, a potem było już tylko lepiej!

Agencja coachingowa dla istot nienormatywnych to szczyt oryginalności. Dlatego kiedy behapówka i coach biorą się - jedno z entuzjazmem, a drugie wbrew własnej woli - za śledztwo, nie może się to skończyć inaczej niż przekomicznie! Cała historia opowiedziana jest z nutką tajemniczości, wspomnianym już wcześniej humorem oraz dużą ilością objaśnień świata stworzonego przez panią Milenę. Tylko dlaczego skończyła się tak szybko?! 
Wręczenie czekolady człowiekowi zdołowanemu było minimum ludzkiej przyzwoitości, a jako że się nim właśnie wykazała, to mogła się już spokojnie i z czystym sumieniem zająć pracą.
Bardzo spodobał mi się sposób przedstawienia istot nienormatywnych (czytajcie: potworów). Dodatkowo autorka bardzo skupia się na relacjach między światem prosto z mitów, a tym naszym, współczesnym. Na przykład pewne stworzenia nie reagują już na pewne substancje, ponieważ.... biorą leki antyalergiczne! Pomieszanie znanych nam przebojów (Miłość w Zakopanem też znalazła dla siebie miejsce i nie zgadniecie gdzie), określeń czy urządzeń pomieszane jest ze starymi wiarami. Szkolenie BHP z czyszczenia broni rytualnej? Zapraszamy kultystów! Terapia dla zmarłego? Nie ma najmniejszego problemu!

Na warsztaty zaprasza moja totalna ulubienica, Sabinka. Urocze imię jak dla istoty z piekła rodem, która akceptuję samą siebie i kilogramami pożera wszelkie wyroby cukiernicze (ależ bym chciała mieć taki metabolizm!). Terapię natomiast poprowadzi Piotrek, który skrywa swój najmroczniejszy sekret głęboko i nie daje mu ujrzeć światła dziennego, ale autorka subtelnie naprowadza na rozwiązanie tych, którzy mają rozeznanie w potworach. Jednak nie tylko istoty nienormatywne sieją postrach. Zastanawiam się chwilami czy Ewcia nie jest bardziej przerażająca od Binki! Poukładana perfekcjonistka, organizująca przyjęcia ratuje tyłek swojej najlepszej przyjaciółce zawsze, gdy ta tego potrzebuje (a zdarza się to nader często). W książce pani Milena prezentuje nam cały wachlarz różnorakich i barwnych postaci od psychopatów przez potwory aż po energiczne mamusie, które odkryły powołanie (a mama Piotrka naprawdę wymiata!).
- To jest popkultura - jęknęła Sabina. - Mit. Nikt na nas nie poluje, nie ma żadnych sekretnych stowarzyszeń łowców, nie ma Van Helsinga z kołkiem, nie ma tajnej organizacji kościelnej. [...]
- Ty, ale serio? - Łukasz był raczej podejrzliwy. - Nic a nic? Żadnego wiedźmina nawet?
Jeśli przemawia do was mnóstwo humoru, komiczne śledztwo prowadzone częściowo przez totalnych amatorów oraz paranormalny coaching połączony z BHP - zapraszam do świata Sabinki i Piotrka, bohaterów, których rzadko spotyka się w literaturze. A najlepsze zostawiłam na koniec! Nie znajdziecie tu takiego typowego wątku miłosnego! Autorka wyśmieje obsesję, przedstawi nam kilka związków, ale zupełnie nie miesza miłości do akcji! 

Milena Wójtowicz to kolejna świetna autorka polskiego fantasy, której poczucie humoru pokochałam od pierwszych stron. Nie czytałam jeszcze czegoś podobnego, więc należą się jej oklaski za oryginalność i utrzymanie tajemniczości przez całą powieść. Nawet jej zakończenie sieje więcej wątpliwości i pytań, zamiast zamknąć historię. Pani Mileno, poproszę jak najszybciej tom drugi!

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Jaguar. 

12 maj 2018

PRZEDPREMIEROWO: 'Toń' M. Kisiel


Opis:

Kiedy Dżusi Stern decyduje się oddać przysługę ciotce, jeszcze nie wie, że uruchomi lawinę wydarzeń, których nie da się już cofnąć. Trzpiotowata dziewczyna, jej poukładana siostra oraz kąśliwa ciotka nieoczekiwanie wplątują się w morderstwo — a to dopiero początek niebezpieczeństw, jakie na nie czyhają.

Opinia:

Jeśli uwielbiacie styl pani Marty, zamawiajcie już teraz swój egzemplarz. Jeśli jeszcze go nie znacie - tym bardziej natychmiast idźcie się z nim zapoznać, ponieważ takiej dawki humoru nie dostarczy wam nikt inny!

Po opisie jakoś nie wywnioskowałam, że będzie to mimo wszystko fantasy. Dlatego ten fakt dodatkowo mnie zaskoczył (tak pomijając wszystkie inne zaskoczenia i nagłe zwroty akcji, które pojawiają się mniej więcej co rozdział). Pani Marta potrafi tak poprowadzić akcję, że nie dość, że się człowiek pośmieje (poparska śmiechem, ściągnie na siebie dziwne spojrzenia ludzi w pociągu i domowników i mało nie wypluje herbaty, próbując się nie roześmiać), to jeszcze niekiedy z niedowierzaniem będzie czytał o kolejnych faktach w sprawie, które na sam koniec układają się w zgrabną, logiczną całość. Z zaciekawieniem śledziłam losy Dżusi, Eleonory i Klary oraz poznawałam tajniki czasu. W komedię kryminalną wpleciony został też wątek historii Dolnego Śląska, a w szczególności Wrocławia. 
- Wiesz co? Wiesz co?! A srał cię kot! [...]
Kot nie był zainteresowany współpracą w tym temacie.
Dżusi i Eleonora nie mogłyby się bardziej różnić! Dodaje to książce niesamowitej pikanterii, a z drugiej strony pokazuje, jak trudne są ich relacje. Dżusi to wulkan energii, mini seksbomba na wysokim obcasie, która nie daje sobie w kaszę dmuchać. Dodatkowo ma przeuroczego partnera, Karolka. Chłopak po prostu rozwala mnie swoją prostodusznością. Eleonora za to jest pedantyczna do granic możliwości, punktualna i ogólnie poukładana. Czy przez to okazała się bohaterką nudną? Skądże znowu! Osobom, która dorównuje Dżusi temperamentem, jest ich ciotka Klara. Szczerze mówiąc, z początku myślałam o niej jako o dużo starszej osobie. Dostajemy jednak energiczną trzydziestoparolatkę o nieprzeciętnym charakterku nieco nadopiekuńczej zołzy. Najbardziej intrygował mnie jednak tajemniczy Ramzes i chciałabym dowiedzieć się o nim więcej! Mamy także okazję spotkać bohaterki, które znamy już z Nomen omen i to okazało się niesamowicie ciekawym zabiegiem. Dodatkowo autorka tak skonstruowała akcję, że czytelnik może przeczytać książki w dowolnej kolejności.

Tak genialne połączenie komedii, fantastyki oraz kryminału mogło wyjść jedynie Marcie Kisiel. Moim skromnym zdaniem Toń bije na głowę kultowe już Dożywocie! W Nomen omen mieliśmy do czynienia z wątkiem kryminalnym, ale mam wrażenie, że dopiero w tej powieści autorka rozwinęła skrzydła i nie mogłam się wprost oderwać. Koniecznie musicie zapoznać się z Toń, najlepszą, według mnie, książką pani Marty!

8 maj 2018

'Perłowa Dama' A. Polak


Opis:

PERŁOWA DAMA” WCIĄGNIE CIĘ W ŚWIAT GWIAZD I DEMONÓW, CYRKOWYCH SZTUCZEK I MIŁOŚCI. Magiczny cyrk powraca. Ciemność znów atakuje. Takiego obrotu wydarzeń nikt się nie spodziewał! Alicja walczy o przetrwanie w mrocznych podziemiach Hadesu, gdzie brat Hadriana, Tristan, staje się jej jedynym sprzymierzeńcem. Gdy dziewczyna w końcu ucieka, okazuje się to początkiem niebezpiecznych przygód. W nadziei na złamanie klątwy ciążącej nad braćmi, Circus Lumos wyruszają w daleką drogę i odkrywają sekrety potężnych magów. Pomiędzy Alicją i Tristanem nawiązuje się nić sympatii i życie dziewczyny kolejny raz przewróci się do góry nogami. Jak potoczą się dalej losy cyrku? Co wydarzy się między Alicją a Tristanem? Kim jest tytułowa Perłowa Dama? Sięgnij po książkę i wyrusz w podróż z cyrkową trupą świateł i cieni.

Opinia:

Styl pani Aleksandry nadal pozostaje magiczny, choć w tym tomie zdecydowanie bardziej skupia się na odczuciach Alicji i to niestety był minus (o czym za chwilę). Opisy ciemności, budowanie akcji i niezwykły pobyt w Hadesie zostały niesamowicie przedstawione. Momentami autorka decyduje się również na humor.

Dlaczego tą część czytałam tydzień? Ponieważ pomijając genialną akcję, zatrważające tajemnice i magiczne sztuczki, autorka zdecydowała się na... TRÓJKĄT MIŁOSNY. I to nie byle jaki, o nie! Alicja bowiem pół książki rozważa, co takiego pociąga ją w Tristanie, choć kocha Hadriana. Dopiero pod koniec, od momentu wycieczki do Wiednia zdołałam się niezwykle wciągnąć. Za to zakończenie... Wolałabym uniknąć sytuacji na diabelskim młynie. Sama magiczna atmosfera nie uciekła, ale została nieco przyćmiona przez te miłosne rozterki. Ciekawym dodatkiem za to okazały się magiczne pokazy członków Circus Lumos. Ponadto poznajemy historię śmierci czwartej siostry, a towarzyszy temu najbardziej wzruszający moment w całej powieści.
Ci, których nazywałam przyjaciółmi, wbili mi przysłowiowy nóż w plecy, zaś ci, których mogłam nazwać wrogami, podali mi pomocną dłoń.
Alicja jest bohaterką, którą lubiłam w tomie pierwszym i na początku tomu drugiego. Na pewno nie mogę odmówić jej dobrego serca i waleczności, ale nie szanuję dziewczyn, które zakochują się w dwóch facetach na raz. Tym bardziej, jeśli są oni braćmi! Hadrian za to okazał się mniej zaradny niż go sobie wyobrażałam, ale i tak nadal go uwielbiam. Tristan to nieco zagubione dziecko, które chowa swoje emocje za maską wyniosłości i chłodu. Julia za to wprowadza do książki żywiołowość i humor jako najlepsza przyjaciółka Alicji. Chciałabym też lepiej poznać Edwarda <3

Perłowa Dama trochę wpada w klątwę drugiego tomu. Tak naprawdę największą wadą tej książki jest ten trójkąt miłosny! Gdyby nie on, czytałoby mi się ją tysiąc razy przyjemniej. I z jednej strony bardzo bym chciała poznać dalsze losy (i pewnie to zrobię, bo wątek magiczny jest mega <3), ale obawiam się tych miłosnych kłótni i pułapek... Zdecydowanie polecam wam zapoznać się z tomem pierwszym, a jeśli zakochacie się w tamtym uniwersum, sięgnijcie i po Perłową Damę. Poza miłosnymi rozterkami, to naprawdę ciekawa książka.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona.

3 maj 2018

'Wieża Świtu' S. J. Maas


Opis:


Chaol Westfall i Nesryn Faliq wyruszają w podróż do starego i pięknego miasta Antica. Były kapitan Gwardii Królewskiej ma nadzieję, że któraś ze słynnych uzdrowicielek z Torre Cesme przywróci mu władzę w nogach. Uleczenie to jednak tylko część planu. Oto na tronie zasiada wszechpotężny kagan, którego Chaol ma za zadanie nakłonić do wzięcia udziału w wojnie.

Opinia:

Wieża Świtu wywołała wielkie poruszenie w blogosferze. No bo jak to - sam Chaol, bez Aelin? Wiele osób postać Kapitana Gwardii zdążyło znielubić w trakcie 5 tomów, więc może rzeczywiście był to kiepski pomysł, aby poświęcić mu ponad 800-stronicową powieść?

Jeśli ktoś z was jeszcze tego nie wiem, Wieża Świtu nie jest tomem 6, a 5.5, uzupełnieniem historii Aelin. Szkoda więc, że oprawa graficzna sugeruje, że to raczej osobna historia... Książka opowiada o (uwaga, mogą pojawić się spoilery w tym akapicie) rehabilitacji Chaola oraz walce jego i Nesryn o uzyskanie pomocy od kagana. Dodatkowo możemy śledzić rozwój ich relacji. Podróż do innej krainy i innego państwa stanowi ciekawy równoważnik dla polityki Północy.
Bo co bym począł, biedny, bez ciebie? Kto by się na mnie wydzierał? Kto by mną rządził?
Wyobrażacie sobie Szklany tron bez ciętego języka i szalonych pomysłów Aelin? Mi było ciężko. Dopóki nie zostałam pochłonięta przez Wieżę Świtu. Maas wprowadziła nową bohaterkę, której spięcia z Chaolem na spokojnie zastępują relację Aelin z Aedionem. Dodatkowo w tej części nie mamy tylu politycznych gierek, ponieważ Nesryn, Chaol oraz Yrene nie są typami politycznych graczy. Zaskoczył mnie również kierunek, w którym autorka poprowadziła relację dwojga bohaterów znanych z poprzednich tomów. Takiego wątku miłosnego się nie spodziewałam. Z drugiej strony tożsamość niezwykłej kobiety, która pomogła Yrene, zupełnie nie stanowiła tajemnicy już od momentu, gdy została wspomniana.
Była darem. [...] Chwila życzliwości młodej kobiety, która odbierała życie, dla tej, która je ratowała.
Chaol zdecydowanie zyskuje w tym tomie. Jest jednym z trzech głównych narratorów, więc możemy zrozumieć lepiej jego zachowanie w poprzednich częściach. Osobiście znów go polubiłam i szczerze mu kibicuję! Nesryn za to okazała się indywidualistką, która rozdarta pomiędzy rodzinnym miastem, a lojalnością wobec Doriana i Aelin, stara się pomóc. Najciekawszą bohaterką tego tomu została jednak Yrene, uzdrowicielka z bolesną przeszłością oraz ciętym językiem. Z niecierpliwością śledziłam jej losy i tok rozmyślania. Ze starego składu towarzyszą nam jedynie Chaol i Nesryn. Oznacza to, że autorka musiała stworzyć cały wachlarz zupełnie nowych, interesujących postaci, jak choćby kagan i jego dzieci. Nie dostrzegłam jednak inspiracji innymi bohaterami z poprzednich części.

Wiem, że niektórzy nie zamierzali czytać Wieży, a czekać na dalsze losy Aelin. Mogę powiedzieć jedynie tyle, że nie wiecie, co tracicie. Tym bardziej, że bez znajomości tego tomu, można mieć potem problemy ze zrozumieniem szóstego tomu, ponieważ misja Chaola i Nesryn wniesie bardzo dużo do historii Ognistego Serca. Osobiście nie mogę się doczekać <3 A Wieżę Świtu polecam nawet, jeśli nie przepadacie za Kapitanem Gwardii! To kolejna emocjonująca przygoda w uniwersum Szklanego tronu! :)

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Uroboros.

1 maj 2018

Podsumowanie kwietnia


Przeczytane książki:
  • Dom Wschodzącego Słońca (396) [SQN] *7/10*
  • Krwiopijcy (424) *8/10*
  • Ksin na Bagnach Czasu (318) *6/10*
  • Sigrid (461) *9/10*
  • Biały kruk (368) [Kobiece] *8/10*
  • Radykalni. Rebelia (381) [Videograf] *9/10*
  • Zakon Rozbitej Soczewki (287) [IUVI] *9/10*
  • Król Kier (357) [Czwarta Strona] *7/10*
  • Wieża Świtu (843) [Uroboros] *10/10*
Ilość przeczytanych książek: 9
Ilość przeczytanych stron: 3835 (ok. 873 str/dzień)
Najlepsza książka: Wieża Świtu
Najgorsza książka: Ksin na Bagnach Czasu

Kiedy ja to wszystko czytam? Nie mam pojęcia! Ostatnio mam mniejszą ochotę na czytanie i nawet te po 300 stron potrafię rozciągać na 3 dni. Poza tym kupiłam sobie kolorowanki w koty i... To też pochłania bardzo dużo czasu :) Na szczęście poza Ksinem nie trafiła mi się kiepska książka (oceniłam go wyżej, ponieważ czytałam bez znajomości poprzednich tomów).

Kwiecień to miesiąc, gdy wszystko się posypało - mój telefon, mój samochód. Poza tym większość miesiąca chodziłam na pierwsze zmiany i jestem niezwykle zmęczona. Na szczęście telefon leci do wymiany, co poskutkuje większą ilością zdjęć na fanpage, bo wreszcie będę miała normalny aparat oraz założę snapa, jupi! (Lubię Windows Phone, ale przez niektóre funkcje już trafia mnie szlag). Autko powinno zostać reanimowane w przyszłym tygodniu, więc mam nadzieję, że wszystko się uda.

Kwiecień to także miesiąc podejmowania decyzji o przeprowadzce do Warszawy. Szybszy dojazd do pracy to zawsze więcej czasu na książki :) Najpewniej wydarzy się to dopiero w czerwcu, ale to zawsze bliżej niż dalej.

A maj... Och, to będzie okres! Targi książki, przyjazd Oluś do mnie na cały weekend, a dodatkowo prezent, jaki sprawiłam Misiowi na 21. urodzinki - skok na bungee we dwoje <3 Zapowiada się pełen emocji miesiąc

A jak kwiecień minął wam? Co zamierzacie w maju? :)