17 kwi 2018

PRZEDPREMIEROWO: 'Biały kruk' J. l. Weil


Opis:
Po śmierci matki Piper i jej młodszy brat trafiają pod opiekę babci, do małej miejscowości, w której nic ciekawego się nie dzieje. Tam Piper spotyka zabójczo przystojnego Zane’a Huntera, dzięki któremu życie w nowym miejscu się całkiem znośne. Między parą zaczyna iskrzyć, jednak chłopak ma w sobie coś niezwykłego… coś nadprzyrodzonego i śmiertelnie niebezpiecznego.

Opinia:

Pewnie wielu z was widząc opis i tę okładkę na moim blogu spodziewa się negatywnej opinii. Jeśli tak, czujcie się zadziwieni, ponieważ moja pierwsza recenzja dla wydawnictwa Kobiecego będzie zdecydowanie pozytywna :)

To, co podobało mi się w stylu pani Weil, to cechujący go luz. Historię opowiada nam nastolatka i to czuć, czujemy jej wahanie, jej zagubienie, a wszystko przez użycie języka młodzieżowego. Nazwa serii wydawniczej zdecydowanie do tej książki pasuje - Young!
W głębi ducha ucieszyłam się, że nie chce jej z powrotem. Nie chodziło tylko o chłód; w noszeniu męskiej bluzy było coś miłego. 
Podczas czytania nie mogłam się przestać śmiać. Momentami dlatego, że tego chciała autorka, a momentami dlatego, że niektóre sytuacje są tak uroczo groteskowe. Nie oszukujmy się - pani Weil napisała typowo młodzieżowy romans z elementami fantasy, ale miałam wrażenie, że poprzez niektóre kpiące czy sarkastyczne uwagi Piper czy Zane'a sama stara się ten gatunek nieco wykpić. I to mnie niezmiernie bawiło! Sam wątek fantastyczny też doskonale wpasował się w treść, choć nie do końca rozumiem wszystkie władające nim mechanizmy, ale z drugiej strony bohaterka także nie. Najlepsze jest to, że dałam się zaskoczyć! Pół książki sądziłam, że wszystko zmierza w kierunku mitologii celtyckiej, gdzie kruk i wrona są wpisane w kulturę, tym bardziej, że pojawia się również motyw irlandzki. Dlatego ostateczne rozwiązanie zagadki tożsamości Hunterów i wielu innych mieszkańców Raven Hallow bardzo mi się spodobało, ponieważ nie było standardowe! Zakończenie za to pozostawia nas z wielkim znakiem zapytania nad dalszymi losami bohaterów i chciałabym je koniecznie poznać jak najszybciej!
Tak. Spóźniłam się. To kara za zmuszenie mnie do włożenia sukienki.
Lubicie bohaterki z pazurem? Zdecydowanie polubicie więc Piper. Bywała co prawda niekonsekwentna, ale przez większość czasu przemawia przez nią wewnętrzna zołza. Z drugiej strony nie próbuje ona zgrywać bohaterki, a po prostu taka jest - pewna siebie, złośliwa i wredna, ale także współczująca i pełna troski o młodszego brata. Ma także swoje zasady, które chętnie wystawia na próbę Zane. Ach, Zane! Mógłby zostać moim osobistym księciem ciemności, rycerzem w czarnej lśniącej zbroi na swoim wypasionym motorze. Myślałam, że fazę łobuzów z młodzieżówek mam już za sobą, ale och, temu chuliganowi nie potrafię się oprzeć! Brakowało mi za to zdecydowanie rozwinięcia innych postaci, np. TJ-a czy Rose, a nawet Zoe, która teoretycznie została najlepszą przyjaciółką Piper. Pominiętym bohaterem pozostaje także Parker czy inni bracia Hunter, choć moim zdaniem autorka powinna rozwinąć  ich osobowości w podobnym stopniu, jak Piper oraz Zane'a.

Nie twierdzę, że książka jest jakimś arcydziełem - to w końcu młodzieżowa fantasy i służyć ma rozrywce, a nie głębokim rozmyślaniom. Swoje zadanie za to spełnia znakomicie, a ja pochłonęłam ją w jeden dzień i niesamowicie mi się podobała i to zwłaszcza przez ciekawy wątek miłosny. Jestem także ciekawa, jak rozwinie się dość niestandardowo skonstruowany trójkąt miłosny (nie dostaliście chyba zawału, co?). Jeśli więc szukacie lekkiej, zabawnej książki ze słodko-gorzkimi momentami oraz ciekawym elementem fantasy - zdecydowanie powinniście skusić się na Białego Kruka, powieść na jeden wieczór! <3

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Kobiecemu.

15 kwi 2018

'Sigrid' J. Hildebrandt


Opis:

Ojciec Sigrid zamierza wydać córkę za Eryka, króla Szwecji, aby zapewnić pokój pomiędzy Gotami a Szwedami. Sigrid za wszelką cenę pragnie uniknąć małżeństwa, zgadza się jednak gdy Freya – jedna z najważniejszych bogiń Valhalli – obiecuje dziewczynie, że związek z Erykiem da jej dziecko mające w przyszłości uratować świat przed chrześcijanami. Sigrid przekonuje się wkrótce, że Freya wymaga od niej więcej niż może jej dać.
Svein dorastał wśród najlepszych skandynawskich wojowników. Po sukcesie odniesionym w bitwie postanawia odszukać człowieka, którego najbardziej się obawia, a zarazem nienawidzi. Zamierza wymóc na mężczyźnie, aby oficjalnie uznał go za swojego syna. Sven zamierza jednak posunąć się jeszcze dalej – chce obalić rządy ojca i zasiąść na tronie Danii.

Opinia:

Ta okładka i tematyka musiały w końcu mnie skusić. Ostatnio pochłaniałabym książki związane z mitologią nordycką non stop, więc Sigrid okazała się bardzo trafną i dobrze dobraną lekturą. Ostrzegam jednak, że zaczynając czytanie, wypadałoby nieco znać wierzenia Wikingów, ponieważ autorka niekoniecznie tłumaczy niektóre zagadnienia.

Sigrid  to opowieść o potędze bogów, o walce chrześcijaństwa z pogaństwem (ostatnio często trafiam na tę tematykę, choćby u Mortki) oraz o potężnych rodach, które łatwo mogą obrócić się w perzynę. Styl autorki jest wyważony, potrafi ona oddać napięcie oraz emocje. Opowiada niezwykle o dawnych wierzeniach, o wojnach i pragnieniach. Saga o Walhalli skupia się na osobach u władzy oraz ich najbliższym otoczeniu, pokazując niepewność losu oraz przewrotność królewskich intryg.
Od pierwszej chwili, kiedy trzymałam cię w ramionach, wiedziałam, że wyrośniesz na kogoś wielkiego. Nie ma matki dumniejszej ze swojego syna.
Sigrid, główna bohaterka i córka wodza Skilfingów ma poślubić Eryka, władcę Swionów. Jednak w między czasie Freja zsyła jej dwa dary - disę oraz wizję dziecka oraz mężczyzny, z którym to dziecko pocznie. Okazuje się jednak, że nie jest nim Eryk (nie uważam tego za spoiler, ponieważ element pojawia się dość szybko). Sądziłam, że autorka oprze powieść na trójkącie miłosnym, więc tym większe było moje zaskoczenie, gdy tak się nie stało. Jednocześnie śledzimy losy Sigrid, Swena oraz okazjonalnie Emmy. Dzięki temu mamy szeroki wgląd w uczucia bohaterów oraz w sytuację polityczną. Przedstawienie wydarzeń w realiach nordyckich bez zbędnego tłumaczenia, kto jest kim lub czym w tej mitologii dodatkowo dodaje smaczku powieści. Dałam się jej zaskoczyć wiele razy i nie mogłam się oderwać od czytania!

Z drugiej strony to książka o wikingach, zwłaszcza o Jomsborskich wojownikach oraz Gotach. Saga o Walhalli bywa brutalna, dla niektórych pewne momenty mogą okazać się wręcz niesmaczne. Pojawia się w niej motyw kazirodztwa, przemocy czy poniżania. Znajdą się także elementy seksu oraz gwałtu, a nawet rytualne morderstwa. 
Splamiono jej honor i próbowano odebrać  to, co do niej należało. Zdołała to wszystko przezwyciężyć. Była potężniejsza niż kiedykolwiek [...].
Sigrid to silna bohaterka, która doskonale odnajduje się w swoim otoczeniu i wszelkim przeciwnościom losu stawia czoła z podniesioną głową. Dzięki doskonale zbudowanej osobowości, czytelnik idealnie rozumie motywy, którymi się ona kieruje. Idealnie do siebie ze Swenem pasują - wulkany energii oraz pewności siebie, które ciężko poskromić. Jomsborczyk wykazuje się zawziętością, walecznością oraz honorem. Z drugiej strony autorka przeciwstawia postać Eryka, poważanego władcy, który dopiero przed Sigrid pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Stałam murem za Sigrid i Emmą, uosobieniem disy, gdy próbował je złamać. Autorka stworzyła realne i żyjące postaci, z którymi człowiek może się uosobić i z zaciekawieniem śledzi ich los.

Sigrid to przepełniona pradawną magią powieść, choć nie dla wszystkich. Bardzo żałuję, że wydawnictwo nie wyda kolejnych tomów sagi, ponieważ chciałabym poznać dalsze losy Sigrid oraz Swena. Niezwykła opowieść o przeznaczeniu, którą musicie poznać, jeśli tylko nie przeszkadzają wam elementy opisane w akapicie czwartym!

12 kwi 2018

'Ksin na Bagnach Czasu' K. T. Lewandowski


Opis:

Po Bagnach Czasu snują się cienie rzeczy, które były lub przynajmniej być mogły... Kotołak spotyka tam samego siebie, a to musi zmienić wszystkie jego plany. Pod wpływem tego doświadczenia postanawia wraz z całym swoim ludem wrócić do Suminoru i założyć na Międzykontynencie kolejne już państwo. Wymaga to jednak przeniesienia fragmentu Pierwszego Świata, co może się skończyć magicznym kataklizmem na miarę drugiego upadku Onego. Pewne jest, że nie można ufać magom ani tym bardziej zaangażowanym w szalony projekt demonom. Co jednak nastąpi, gdy władcy koczowników przyjdzie się zmierzyć z samym królem Redrenem?


Opinia:

Sagę o kotołaku świadomie zaczęłam od tomu 6. Stwierdziłam, że skoro został on napisany po 27 latach, to dam radę, a chciałam poznać nareszcie tę serię. Nie uważam, że był to błąd, ponieważ nie odczuwałam podczas czytania dużej dezorientacji, a przynajmniej mam jakieś zdanie nt. stylu autora.

Pierwszą połowę książki się nudziłam. Przenoszenie Amarsinu w coraz odleglejsze czasy, powiększanie ludności w tenże sposób, a wszystko to opisane nudno i bez emocji. Dodatkowo ta książka to w większości opisy. Opisy rozterek, układów politycznych, relacji dworskich. Myślałam, że usnę. Potem coś się chociaż zaczęło dziać bez stałej monotonności przenosin.
Dokonałam wyboru lojalności, jak ty i wszyscy najemnicy, tak jak sam mnie tego uczyłeś. Wybrałam na śmierć i życie.
Jedyne momenty, gdy coś się działo to kłótnie Amarelis z Ksinem, to planowanie przeniesienia ich stolicy do świata rzeczywistego, to ślub z córką starego wroga. Poza tym są to rozważania, planowanie, polityka. I zero akcji, zero napięcia! Czasami zdarzy się humor, ale to też tylko w kilku miejscach już pod koniec powieści. Zakończenie natomiast, jeśli ma być zakończeniem serii, zupełnie mnie do siebie nie przekonało.
- Ja nie przestałem jej kochać... [...] I nie mogę, nie chcę przestać.
Ciężko wypowiedzieć się na temat bohaterów, ponieważ na pewno przez pięć poprzednich tomów czytelnik mógł ich poznać lepiej. Ja zdecydowanie polubiłam Amarelis za jej hardość i dzikość. Ksin za to wydawał mi się trochę zbyt uległy jak na władcę, ale w sumie to nie planował sam dla siebie takiej roli. Gentaja za to została ukazana jako wyrachowana księżniczka, przygotowana do tego, aby być królową. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że mogę gorzej odbierać tę powieść, ponieważ nie czytałam poprzednich tomów. Jedyny moment, kiedy mnie wciągnęło, znalazł się w 3/4 książki. Pośmiałam się wtedy i pojawiła się szczątkowa akcja. Mam jednak wrażenie, że nawet gdybym czytała serię od początku, ta część i tak by mnie zanudziła - jak wspomniałam, pełno w niej opisów, które nużyły mnie przez większą część historii. 

10 kwi 2018

Leśny Book TAG by Kitty


Dzisiaj zapraszam Was na TAG książkowy mojego autorstwa związany z najnowszą powieścią Justyny Chrobak od wydawnictwa Kufer :) Przypominam także, że możecie nadal wygrać tę cudowną książkę!

Ryann - bohater, o którego losie decydują inni
Jakby nie było, na pewno o losie Johna z  Drogi do Piekła decydują inni. W końcu trafia on do tytułowego Piekła.

Veik - bohater, który nie do końca rozumie swoje uczucia
Prawie każdy bohater w młodzieżówkach? A tak serio to na pewno Nastya z Morza spokoju ma nieco problem z dopuszczeniem do siebie uczuć.

Tom - bohater niezwykle zdeterminowany, aby osiągnąć ustalony cel
Uważam, że ta cecha tyczy się głównie czarnych charakterów. Na myśl przychodzi mi bohater serii Kraina Martwej Ziemi, Matchonwa (nie jestem pewna imienia), który chciał zostać bogiem. Zdeterminowany był na pewno, chociaż zbyt dobrze nie skończył.

Peter - bohater poświęcający wiele dla kogoś dla niego ważnego
Sądzę, że przyjaźń Kamyka i Pożeracza z książek pani Ewy Białołęckiej wymagała pewnych poświęceń.

Trjen - bohater, którego motywy ciężko zrozumieć
Diabolikę było mi bardzo ciężko zrozumieć, ponieważ autorka zamieszała w jej kreacji - zamiast istoty praktycznie nastawionej tylko do obrony swojej właścicielki, dostaliśmy ostatecznie zwykłą dziewczynę.

Arna - bohater opiekuńczy wobec wielu osób
Kto inny, jak nie Molly Weasley z Harry'ego Pottera?

Liv - bohaterka nieodgadniona
Sądzę, że takim bohaterem jest zdecydowanie Hao z Piątej Pory Roku.

Nesbero - fantastyczna kraina, w której pragniesz zamieszkać
Niezmiennie będzie to Araulen <3

Królowa Elfów - bohater bezwzględny i władczy
Matka Nikity oraz jej ojciec idealnie wpasowują się w kategorię władczy i bezwzględny.

Las - bohater zbiorowy, który ma znaczący wpływ na fabułę
Ta kategoria to mój osobisty strzał w stopę. Jedyny bohater zbiorowy, jaki przychodzi mi na myśl Sarai oraz jej ćmy. Sama w sobie jest bohaterką pojedynczą, ale kiedy używa swojego daru, zamienia się w pewien sposób w bohatera zbiorowego.

Nominuję:
nieuleczalnyksiazkoholizm.blogspot.com
zaczytana-w-fantastyce.blogspot.com
citeofbooks.blogspot.com

8 kwi 2018

'Krwiopijcy' C. Moore


Opis:

Jody nigdy nie prosiła, żeby zostać wampirem. Ale kiedy ocknęła się przy pojemniku na śmieci z mocno poparzoną ręką, obolałą szyją, nadludzką siłą i typowym dla Nosferatu pragnieniem, zrozumiała, że decyzję podjęto za nią.
Przestawienie się z codziennej harówki na niekończące się nocne polowania wymaga jednak nieco wysiłku, i tutaj przyda się C. Thomas Flood. Tommy (dla przyjaciół), niedoszły Kerouac z Incontinence w stanie Indiana, pracuje na nocną zmianę w supermarkecie w San Francisco. Wszystko się zmienia, gdy w drzwiach pojawia się rudowłosa, nieumarła istota... która wywołuje w jego życiu - i w jego życiu po życiu - wstrząs, jakiego nigdy by się nie spodziewał.

Opinia:

Dzięki uprzejmości Justyny Drzewickiej, autorki Niepowszednich, miałam okazję przeczytać kolejną powieść naszego wspólnego amerykańskiego autora. Dodatkowo tę serię chciałam poznać już od momentu, gdy sama dorwałam jej trzeci tom na wyprzedaży (nie wiedząc wtedy, że to tom ostatni). Uwielbiam książki o wampirach, więc ich parodia w wykonaniu mojego ulubionego parodysty stanowiła pozycję obowiązkową!

Moore nie sili się na filozoficzne przemyślenia, w Krwiopijcach wszystko jest proste, zabawne i nieco porąbane. Dialogi nie sprawiają wrażenia sztucznych, a opisy się nie dłużą. Prostota, parodia i szybkość akcji to coś, co zdecydowanie cechuję tę pozycję Moore'a

Mała czarna- garderobiany odpowiednik broni jądrowej. Bielizna noszona na wierzchu. Skuteczna nie ze względu na to czym jest lecz na to czym nie jest.
Zostajecie przemienione w wampira - jaka jest wasza pierwsza myśl dziewczyny? Otóż pierwszą myślą Jody jest znalezienie niewolnika, który będzie załatwiał jej sprawy w ciągu dnia. Generalnie cała fabuła to parodia połączona z działaniami nielogicznymi i absurdalnymi, co sprowadza się do tego, że co chwila wybuchałam śmiechem. Autor połączył dwie historie: Jody zamienionej w wampira oraz Tommy'ego, który próbuje zmierzyć się z dorosłym życiem, wyjeżdżając do San Francisco. Bohaterowie spotykają się zupełnie przypadkiem, a ich relacja to jeden ogromny absurd wielkiej miłości od pierwszego wejrzenia. Pamiętajmy jednak, że to parodia, więc nie jest to absolutnie drażniące, a jedynie zabawne. Ciekawe były również eksperymenty Tommy'ego na Jody pt. co może wampir

Stawiam raczej na fantazyjne samobójstwo. Sama skręciła sobie kark, puściła sobie krew, a potem zabiła psa i wskoczyła do śmietnika. Ale ekspert medycyny sądowej obstawia morderstwo.
Jody to nieco roztrzepana, choć twardo stąpająca po ziemi 26-latka. Jedyną jej cechą, która mi przeszkadzało, było jej uzależnienie od drugiej osoby, od potrzeby współżycia z facetem. Co ciekawe - nie dawała sobą wcale pomiatać. Z drugiej strony mamy Tommy'ego, który dopiero uczy się życia. Przybył do San Francisco, ponieważ pragnie zostać pisarzem, artystą. Angażuje się w ten dziwny związek, dając sobą nieco rządzić. To zdecydowanie ciekawa para, której losy śledziłam z ciekawością. Spotykamy również Cesarza, którego mogłam poznać już przy okazji Brudnej roboty

Nie mogę się doczekać, aż sięgnę po kolejny tom Krwiopijców. Absurd pogania absurdem oraz wykpiwaniem wampirycznych mitów. Do tego śledztwo w tle pod przywództwem dwóch gliniarzy - sceptyka-geja oraz bardziej podatnego uwierzyć Riviery. Zdecydowanie polecam genialnego Moore'a! 

4 kwi 2018

PREMIEROWO: 'Dom Wschodzącego Słońca' A. Janusz-Kamińska


Opis:


Mag-szermierz Lloyd zmierzy się ze swoją mroczną przeszłością. Błyskotliwy informatyk Timothy wyjdzie poza wirtualny świat. Narcystyczny rockman Gabriel wreszcie zacznie podejmować własne decyzje. Razem z zakonnicą Weroniką, wiekowym Krzysztofem oraz niespodziewanym przybyszem z odległych stron stawią czoło mitycznym bestiom oraz dawnym – i nowym – wrogom. Czy znajdą odpowiedzi na zagadki, jakie zostawiła po sobie legendarna Kaja Modrooka? I czy Eunice wyjdzie zwycięsko z próby, jaką postawi przed nią los?



Opinia:
Styl autorki okazał się na szczęście prosty, biorąc pod uwagę, że podejmuje się ona tłumaczenia zagadnień fizycznych opisujących jej świat wymyślony. Dialogi nie wyglądały sztucznie, a używana momentami łacina podwórkowa pasowała do sytuacji - w końcu mamy do czynienia ze zbuntowaną nastolatką, brak przekleństw byłby wręcz nieco dziwny.

Jedyną rzeczą nie pasującą mi zupełnie do całości były imiona i nazwa miasta. Jakoś tak ta opowieść pasowałaby mi do akcji umieszczonej w Polsce, miała taki nieco swojski klimat, a działa się w wymyślonym mieście o nazwie Farewell, które mimo wszystko musi należeć do naszego świata ze względu na używane nazewnictwo narodowościowe. Osobiście wolałabym, gdyby akcja umieszczona została u nas, jakoś i tak cały czas miałam takie wrażenie polskości podczas czytania.
Istnieją takie więzy, których nie da się zerwać. Takie zobowiązania, których nie można spłacić całym swoim życiem. Takie grzechy, których nie da się odkupić.
Początkowo poznajemy mieszkańców Domu Wschodzącego Słońca i ich historie. Dołącza do nich także Eunice, zbuntowana nastolatka, która dostrzega, że świat to coś więcej i chciałaby go zrozumieć. Z początku byłam naprawdę wytrącona z równowagi, gdy zaczęły się rozdziały dotyczące Apolla, ale ostatecznie spodobał mi się taki sposób wprowadzenia nas w życie magów. Dodatkowo, poza porywającą akcją, na którą składa się szpiegostwo, pościgi oraz walka, autorka opisuje nam sposób działania magii w jej świecie. Najpierw odniosłam wrażenie, że zabrałam się za science fiction, ale na szczęście szybko minęło. Zakończenie za to ładnie zamyka wydarzenia obecne, jednocześnie zapowiadając pełną akcji drugą część.
Jesteś dorosły. Nie wyobrażaj sobie tylko, że będę patrzeć obojętnie na to, co się stanie. Żaden człowiek nie jest wyspą, Gabrielu.
Moim ulubieńcem został Gabriel, co może wydawać się nieco dziwne, ponieważ często dawał sobą rządzić. Jednak jego determinacja i oddanie przyjaciołom, a przy tym ciekawy sposób bycia nie mogły mnie przepuścić obok obojętnie. Eunice, choć początkowo ma zadatki na główną bohaterkę i widnieje nawet na okładce, nie odbiera pola do popisu reszcie. Kojarzy mi się głównie z porywczością i odwagą, a także przenikliwym umysłem. Autorka rozbudowała jedynie główne postaci, nie skupiając się na tych pobocznych, na przykład na matce Eunice - wiemy tyle, że porzucił ją ukochany i całe dnie spędza przed telewizorem, i tak przez większość powieści.

Dom Wschodzącego Słońca to zdecydowanie udany debiut i cieszę się, że został wznowiony przez wydawnictwo Uroboros. Chciałabym móc jak najszybciej poznać kolejną część przygód Eunice, Lloyda, Timmy'ego oraz Gabriela! Jeśli więc szukacie lekkiej, ciekawej historii z rozbudowanym systemem działania magii i opowieści - zapraszam was do lektury Domu Wschodzącego Słońca :)

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Uroboros.

1 kwi 2018

Podsumowanie marca


Przyszła wiosna, więc pora zmienić niebieski na zielony (pod kolor oczu :D). Wypadnięcie Wielkanocy w Prima Aprilis (którego od dawna już nie obchodzę) niezmiernie mnie bawi, ale spokojnie, nie zamierzam robić wam psikusów :) Dzisiaj o książkach przeczytanych w marcu, bez planów na kwiecień, bo... zgłupiałam do reszty i już nawet nie wiem, ile tego nazamawiałam od wydawnictw do recenzji, ale spokojnie jak na wojnie :D


Przeczytane książki:
  • Szklany miecz (556) *5/10*
  • Naznaczeni błękitem (382) [Jaguar] *9/10*
  • Drugi Krąg (372) [Jaguar] *10/10*
  • Rozrywacz (393) [Uroboros] *9/10*
  • Pieśń i krzyk (430) [SQN] *9/10*
  • Córka Lasu (242) [Kufer] *8/10*
  • Pierwszy Róg (498) [Initium] *8/10*
  • Marzyciel (509) [SQN] *10/10*
  • Fałszywy pocałunek (544) [Initium] *10/10*
Ilość przeczytanych książek: 9
Ilość przeczytanych stron: 3928 (ok. 127 str/dzień)
Najlepsza książka: -
Najgorsza książka: Szklany miecz

Nie jestem w stanie wybrać najlepszej książki, bo jakoś ten miesiąc owocował samymi genialnymi książkami poza Szklanym mieczem oraz niedokończonym Srebrnym łabędziem. Jeśli chodzi o ilość przeczytanych książek, uważam, że to i tak nieźle przy tym, że wyrabiałam nawet nadgodziny w pracy, bo to pierwszy miesiąc i trzeba było to ogarnąć :)
Nie będę pisać długo, ponieważ każdy spędza raczej czas z rodziną :) Pogodnych świąt! :)

29 mar 2018

'Fałszywy pocałunek' M. E. Pearson




Opis:
Księżniczka Lia jest pierwszą córką domu Morrighan, królestwa przesiąkniętego tradycją, poczuciem obowiązku i opowieściami o minionym świecie. W dniu swojego ślubu ucieka, uchylając się od obowiązków - pragnie wyjść za mąż z miłości, a nie w celu zapewnienia sojuszu politycznego. Ścigana przez licznych łowców, znajduje schronienie w odległej wsi, gdzie rozpoczyna nowe życie. Gdy do wioski przybywa dwóch przystojnych nieznajomych, w Lii rozbudza się nadzieja. Nie wie, że jeden z nich jest odtrąconym księciem, a drugi to zabójca, który ma za zadanie ją zamordować. Wszędzie czai się podstęp. Lia jest bliska odkrycia niebezpiecznych tajemnic - i jednocześnie odkrywa, że się zakochuje.


Opinia:

Drogi Czytelniku, opowiem ci dzisiaj o książce, którą w pewnym momencie musiałam przejrzeć jeszcze raz, aby upewnić się czy to ja nieuważnie czytałam, czy autorka zafundowała mi największe zaskoczenie roku (bo raczej ciężko będzie je pobić). Opowiem ci o książce, którą chciałam potraktować jak lekki młodzieżowy romans, a która wciągnęła mnie i nie wypuściła do ostatniej strony, przez która zarwałam noc. Fałszywy pocałunek to historia, której nie należy zaczynać wieczorem, ponieważ nie da wam zasnąć!

Język autorki jest prosty, a jedyne, czego mi brakowało - i to bardzo! - to słowniczek wyrażeń vendańskich. Do tej pory nie mam pojęcia, co bohaterka mówi w pewnym momencie. Poza tym jednak powieść zawiera w sobie wszystko, co powinna - emocje, humor oraz dobrze zbudowane napięcie!
[...] nic nie trwa wiecznie, nawet wspaniałość.
- Niektóre rzeczy trwają
- Naprawdę? Co na przykład.
- To, co jest ważne.
Historia opowiadana jest z kilku perspektyw. Najwięcej oczywiście widzimy oczami Lii, ale Rafe i Kaden także mają duży udział w książce. I stąd moje kompletne zaskoczenie w pewnym momencie. Do punktu kulminacyjnego autorka raz pisze z perspektywy chłopaków, a raz z perspektywy Księcia i Zabójcy, ale wtedy nie używa imion. Także czytelnik sam musi odgadnąć, który jest który i... ja odgadłam źle! Dlatego w pewnym momencie myślałam, że tłumaczka pomyliła imiona, ale no nie przez całe dwie strony... I powiem wam, że ten zabieg zupełnie zbił mnie z tropu i tak, przyznaję, dałam się wykiwać, ale w jakim autorka to zrobiła stylu!

Historia uciekającej panny młodej z trójkątem w tle mogłaby być beznadziejnie schematyczna, ale na szczęście okazała się genialna! Trójkąt między Lią, Kadenem, a Rafe'em nie przyćmiewał głównej fabuły, więc nie mam się do czego przyczepić. Akcja odpowiednio gnała i spowalniała, a motywy bohaterów wcale nie były sztuczne czy naciągane. Autorka nie boi się także poświęcać bohaterów, o czym boleśnie się przekonałam (i nie mam na myśli wcale zabijania ich). Zakończenie za to pozostawia niedosyt i chciałabym poznać już ciąg dalszy tej historii!
Znajdę cię, Lio - szepnąłem. - Odnajdę cię w najodleglejszym zakątku.
Lia to bohaterka idealna, jeśli chodzi o postać księżniczki. Nie dostajemy bowiem rozpuszczonej pannicy, a pragnącą żyć po swojemu i zdeterminowaną dziewczynę, która nie boi się pobrudzić rączek. Pochwalałam większość jej wyborów i z całych sił kibicowałam! Co do chłopaków, nie zamierzam pisać imionami, aby nie zdradzić wam tajemnicy, który z nich jest którym. Postać zabójcy została wykreowana ciekawie, z konfliktem wewnętrznym w tle - lojalność czy miłość? Momentami jednak nie potrafiłam go zrozumieć, miałam ochotę krzyczeć z frustracji, że niektórych rzeczy nie pojmował. Za to książę, och! Nie dziwię się Lii, że uciekła, nie znając go, ale z pewnością nie zrobiłaby tego, mogąc z nim wcześniej porozmawiać. Z drugiej strony on również nie był zadowolony z tego układu. Jednak jego późniejsze zachowanie sprawiało, że miałam motylki w brzuchu! Czytając, poznacie także najlepszą pod słońcem przyjaciółkę - Pauline. Co prawda miałam w ucieczce własny cel, ale i tak niesamowicie wspierała Leę i mam nadzieję, że w drugim tomie wszystko w jej życiu się ułoży! Autorka prezentuję nam gamę niezwykle wykreowanych postaci, wobec których nie da się nie odczuwać emocji!

Fałszywy pocałunek pochłonie was, nie odpuści. Zatracicie się w tej magicznej historii o miłości, wyborach oraz szczerości i zaufaniu. Dodatkowo poznacie Pieśń Vendy, która tylko zaostrzyła mój apetyt na drugi tom. Koniecznie musicie przeczytać tę powieść, aby dać się zaskoczyć i wciągnąć w cudowny nowy świat! :)

Wyzwania: Olimpiada CzytelniczaKitty's Reading Challenge

26 mar 2018

'Marzyciel' L. Taylor


Opis:
Lazlo Strange od zawsze marzył, aby poznać tajemnice zaginionego miasta Szloch. Jako sierota, a potem skromny bibliotekarz, nawet nie przypuszczał, że ma szansę na odbycie kosztownej wyprawy przez pustynię Elmuthaleth do miejsca, gdzie mieszkają mityczni wojownicy. Dopóki sami nie przekroczyli bramy Wielkiej Biblioteki i nie zaproponowali wyprawy… komuś innemu. Tu liczy się czas i każda podjęta decyzja. Przed Strange’em pojawią się wybory, których nie sposób dokonać, żal, którego nie da się wyleczyć, oraz magia tak prawdziwa, jakby istniała naprawdę.

Opinia:

Prolog mnie zafascynował, aby pierwszy rozdział nieco znużył. Jak wiecie, nie przepadam za długimi opisami, więc wprowadzenie w historię bez dialogów okazało się dla mnie nudne. Nie trwało na szczęście na tyle długo, abym się zniechęciła. I bardzo dobrze, bo od pierwszej sytuacji w bibliotece przepadłam i zarwałam noc, aby skończyć tę powieść, bo nie wyobrażałam sobie, że miałabym pójść spać, nie poznając zakończenia!

Pamiętacie może jak opisywałam styl autorki Zakazanego życzenia? Przyznam szczerze, że doznałam lekkiego deja vu, ponieważ pani Taylor ma równie baśniowy styl, jak pani Khoury! Poznając losy Lazlo, Sarai oraz miasta Szloch czułam się tak, jakby ktoś opowiadał mi legendę.

Co to jest horyzont? - zapytał Lazlo z kamienną miną. - Coś jak koniec półek z książkami?
Każdy z nas marzy - jedni o rzeczach realnych, a inni o zupełnie niestworzonych. Lazlo wierzy, że to marzenie wybiera marzyciela. Jest również zdania, że jego marzenie wybrało źle, ponieważ obawia się, że nigdy nie uda się go spełnić. Kiedy jednak wyrusza w podróż do wymarzonego miasta Szloch, skrywającego swą tajemnicę przed całym światem, rozpoczyna nowy etap życia. Od tej chwili nic nie będzie już takie samo. Równolegle do losów Lazlo śledzimy także poczynania Sarai oraz jej rodzeństwa. Dwa wątki przeplatają się ze sobą, tworząc złożoną, pełną tajemnic historię, której zakończenie nie wbiło mnie co prawda w fotel, ponieważ łatwo było przewidzieć zachowanie Minyi, ale zaostrzyło mój apetyt na tom kolejny!


Sama historia szlochu i stworzona przez autorkę mitologia mnie oczarowała, stanowi ona oś książki, a przeszłość miasta rzuca cień na obecne życie bohaterów (dosłownie i w przenośni). Bogowie w tej baśni są okrutni, bezlitośni i wrodzy. Ale legendy sięgają jeszcze dalej i czytelnik nie wie już, co może okazać się prawdą, a co fałszem. Tak samo świat snu i jawy przenikają się ze sobą, mamiąc i gubiąc, aby potem zaskoczyć.
Myślę, że jesteś baśnią. Myślę, że jesteś magiczna, odważna i wyjątkowa. I... mam nadzieję, że pozwolisz mi być częścią swojej opowieści.
Lazlo to bohater spokojny, bezinteresowny. Zdaje sobie sprawę ze swojego miejsca w społeczeństwie z racji urodzenia, choć niekoniecznie jest mu to na rękę. Nie boi się walczyć o możliwość spełnienia swojego marzenia, a przede wszystkim naprawdę da się lubić - nie tylko czytelnik, ale także inni bohaterowie darzą tę bujającą w obłokach postać sympatią. O Sarai nie chciałabym napisać zbyt wiele, tak samo jak o jej rodzeństwie, ponieważ nie chcę zdradzać wam niespodzianki. Nie jest to jednak typ bohaterki, jaki zazwyczaj przypada mi do gustu, a tu proszę - polubiłam ją. To nie kickassowa dziewczyna, która zamierza sama ze wszystkim sobie poradzić. Odebrałam ją raczej jako postać kruchą, ale bardzo empatyczną. Minya za to nie spodobała mi się od samego początku. Była zbyt zaborcza, władcza i napędzana żądzą zemsty. Ciekawie wykreowanym bohaterem okazał się Zabójca Bogów, ponieważ poznając jego historię, czytelnik nie do końca wie, co powinien o nim myśleć i jak go odbierać. Pani Taylor stworzyła postaci z krwi i kości, których losy śledziłam z fascynacją!

Największą zaletą tej powieści jest jednak jej oryginalność! Oczywiście, mamy tu miłość, mamy rywalizację, ale wszystko otoczone dwustuletnimi, mrocznymi tajemnicami oraz historią wielkiego marzyciela, który walczył o swoje i... poniekąd wszystkie jego marzenia miały szansę się spełnić. To powieść dla młodzieży i dorosłych, którzy chcieliby zatracić się w baśni i opowieści o marzeniach, o wielkiej miłości oraz strasznej przeszłości miasta, które utraciło swą nazwę. Ostrzegam tylko, że gdy już wciągniecie się w opowieść, wypuści was ona dopiero na ostatniej stronie!

Wyzwania: Olimpiada CzytelniczaKitty's Reading Challenge

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN

25 mar 2018

Minie recenzje książek z czasów zamierzchłych: Romans młodzieżowy

Tym razem już sam temat musiał przyprawić was o wielkie spojrzenie z rodzaju WTF?!  Jednak dobrze widzicie i to nie żadna literówka czy pomyłka - dzisiaj o książkach z gatunku romansu młodzieżowego i to BEZ fantastyki w tle.
Wiecie, ja przestałam lubić romans mniej więcej wtedy, gdy zaczęłam być w związku. I cały ten romans w młodzieżówkach stał się dla mnie przerysowany i bezgranicznie głupi. Moja opinia o tych książkach nie będzie jednak motywowana zmianą mojego gustu - mniej więcej pamiętam, co sądziłam o nich, kończąc je czytać :D
Dodatkowo te książki pochodzą w większości z dwóch serii, a dwie pozostałe - od jednej autorki.
Jeśli ktoś nie wie, o co chodzi - zapraszam tutaj :)


Jessica to taka typowa nastolatka, której jest źle, choć w sumie nie ma na co narzekać. Książka od początku jest bardzo życiowa, przedstawia życie gdzieś w wioseczce w Walii oraz niespełnione aspiracje Jess.
Jak to w romansie, poznaje ona tajemniczego  chłopaka, który odmienia jej spojrzenie na to jakże złe życie. Z tej książki pamiętam chyba najmniej, wiem, że podobała mi się mniej niż Melissa, o której innym razem, ale też na pewno nie była tragiczna. Zdecydowanie pani Rushton potrafi zbudować bogate tło obyczajowe :)





Nie dla mamy, nie dla taty, lecz dla każdej małolaty

O samej serii mogę napisać tyle, że pewnie gdybym nie przestała czytać romansów wcale, pewnie bym ją kontynuowała. Znajduje się w niej naprawdę wiele książek różnych autorek i o różnej tematyce, więc zapewne każdy znajdzie coś dla siebie :) Okładki mają jednak beznadziejne... 


To moja ulubiona książka z serii. Teraz pewnie by mi się nie podobała, ale wtedy potrafiłam zrozumieć Lindę, teraz zapewne by mnie irytowała.
Książka opowiada o miłości, ale tej utraconej. Więcej dowiadujemy się z przeszłości niż z teraźniejszości, a autorka stopniowo dawkuje nam emocje oraz wydarzenia.
Jest to raczej smutny romans, gdzie miłość musiała zmierzyć się z trudnościami, z którymi ostatecznie nie dała sobie rady, a widma przeszłości prześladują Lindę na każdym kroku.





Obecnie książka bardzo aktualna, mówiąca o zagrożeniach w sieci. I ogółem historia nie byłaby taka zła, gdyby nie była taka... banalna. Zamiast pogadać szczerze i otwarcie z uroczym Oliverem, Georgia znajdując jego zdjęcie na portalu randkowym od razu zaczyna się mścić. Oto dlaczego nie czytuję już romansów - są tępe.
W związku się rozmawia. Georgia jednak woli zrobić wszystko po swojemu... I to jeszcze przy okazji robi coś wbrew sobie tylko po to, aby się zemścić.
Do tego oczywiście książka na swój sposób ma szczęśliwe zakończenie, bo jakże by inaczej.




Tym, co polubiłam w tej książce, nie była nawet tyle sama historia, co jej tło - horoskopowa obsesja Claudii, najlepszej przyjaciółki Mary Jo.
Co prawda nic w tej książce mnie nie zaskoczyło, ale nie była też zbyt naiwna. Poza tym to chyba przy tej powieści polubiłam schemat od nienawiści do miłości :)
I w książce, z tego co pamiętam, nie ma zbyt wielu opisów - hip-hip-hurra :D







Zakochałaś się kiedyś w chłopaku przyjaciółki? Ja na szczęście nie, bo jakoś tak się dzieje, że z przyjaciółkami mamy skrajnie różny gust, a moja siostra raczej nie miała jeszcze stałego chłopaka. Jednak nie ukrywajmy, takie rzeczy często się zdarzają. Tylko, że w tej książce dzieje się to z wzajemnością!
Jedyną rzeczą, która na potęgę irytowała mnie w tej książce, okazały się kłótnie już po odkryciu zdrady dwóch najważniejszych osób w życiu przyjaciółki głównej bohaterki.
Ogółem książka intrygowała mnie najbardziej tym, jak ostatecznie rozwiążą ten problem.



Ja + Ty = <3

O samej serii mogę powiedzieć tyle, że otrzymałam te książeczki na święta od babci. I to były ostatnie romanse, jakie czytałam. Piszę książeczki, bo żadna z nich nie ma chyba nawet 100 stron.

Wiecie, pokazywać swojego kuzyna jako swojego chłopaka to już nieco chore. Dodatkowo chwalić się tym przed całą szkołą, a potem zakochać się w chłopaku - och, prawdziwy pech.
Książka sama w sobie była intrygująca, bo ciekawiło mnie, jak Solenn wyplącze się z tych wszystkich kłamstw. Dodatkowo tak naprawdę to w książce mamy trójkąt, ale taki dość dziwny...
Nie dziwi mnie, że na LC dużo osób ocenia ją niezbyt dobrze, bo Solenn to nie bohaterka marzeń. Jednak ogółem książka może zainteresować i się spodobać :)
Najbardziej dziwi mnie, że książkę napisało małżeństwo ze stażem... Chyba im się nudzi w tym związku, skoro piszą tak naiwne historyjki :D




Ta książka jest... głupia i zupełnie przeciętna.
Gracja Anna zamyka swoje serce, bo zostało tak baaardzo skrzywdzone. W takim młodym wieku! Ależ oczywiście musi poznać jakiegoś chłopaka, w którym chciałaby się zakochać.
Ponadto główną bohaterkę denerwuje wszystko, a przez to ona irytuje nas.
Plus to szybkość w czytaniu, bo autorka ma lekki i swobodny styl.







Ta książka podobała mi się z serii najbardziej. Co prawda na początku Sara niesamowicie mnie irytowała, próbując poderwać Bruce'a, ale kiedy dała mu w twarz - znacząco zyskała w moich oczach :D
Werner to chyba pierwsze książkowe ciacho, jakie naprawdę bardzo mocno mi się spodobało.
Książka jest zabawna, przewrotna i napisana bardzo lekko.







Na koniec coś z gatunku fantastyki, czyli o aniołach, wampirach i zakazanej miłości.
Książka mi się podobała, choć nie było to jakieś wielkie wow. Zdecydowanie wampiry odegrały tu swoją rolę w moim polubieniu tej książki. Sam romans opierał się na wątku anioła stróża i zakazanej miłości, więc trochę przereklamowane :D
Generalnie książkę wspominam miło :)








No tak, dzisiaj i trochę pomarudziłam, i trochę się pozachwycałam, choć tego - jak widzicie - było mniej. Zdecydowanie nie żałuję, że skończyłam z romansem, ale swego czasu naprawdę lubiłam serię Nie dla mamy, nie dla taty, lecz dla każdej małolaty :)

23 mar 2018

PRZEDPREMIEROWO: 'Pierwszy Róg' R. Schwartz






Opis:

Wszystko ma swój początek w zasypanej śniegiem gospodzie w górach dalekiej Północy. Stary wojownik Havald, zmęczony życiem i wieczną walką, tajemnicza czarodziejka Leandra, niebezpieczny przywódca bandy łupieżców i mroczna elfka o szczególnych upodobaniach seksualnych. Każde szuka czegoś innego. Każde podąża w inną stronę. Kim są naprawdę? Dokąd zmierzają?
Żadne z nich nie wie, że głęboko pod gospodą krzyżują się prastare linie mocy. Kiedy siarczysty mróz i burza śnieżna odcinają podróżnych od świata, wybucha panika: krwawy mord wskazuje na to, że w pobliżu czai się bestia. Czy Havald i Leandra mogą komuś zaufać? Trop prowadzi do legendarnego królestwa Askiru…


Opinia:

Tak naprawdę jedynym, co przeszkadzało mi w książce i co przeszkadzało mi dać jej 10/10 było tempo akcji. Przypominało mi raczej kronikę niż powieść przygodową. Pomimo tego, że ciągle coś się dzieje oraz autor niewątpliwie buduje napięcie, jakoś nie odczuwałam tempa wydarzeń, wydawały mi się zbyt wolne. Co ciekawe - nie przeszkadza to czytać książki bardzo szybko!

Legendarne królestwo, morderstwo w zamkniętej społeczności i magiczne tajemnice to coś, co od razu przyciągnęło mnie do powieści. Zawsze fascynuje mnie odkrywanie mordercy w takich małych grupach, gdzie ktoś po prostu musi być winny i nikomu nie można ufać. Nieco niepotrzebny wydaje mi się wpleciony w fabułę wątek miłosny, ale może będzie ważny w kolejnym tomie, kto wie. Sama tajemnica niezmiernie mnie zaskoczyła, bo chociaż odgadłam jej część, nie udało mi się odkryć najważniejszego elementu. Zakończenie za to wyjaśnia kilka kwestii, które nurtowały mnie przez większość lektury, za co duży plus dla autora! Z przyjemnością wędrowałam mrocznymi tunelami z bohaterami, aby odkrywać zarówno tajemnicę, jak i zasady rządzące wymyślonym przez autora światem.
...myślę, że jestem tak samo przeklęty jak każdy, kto napotyka na swojej drodze przeciwności losu. Ludzie często mają poczucie, że spotyka ich za coś kara. To nie klątwa na nas ciąży, to tylko życie.
Tym, co poza tajemnicami i magią urzekło mnie najbardziej, byli bohaterowie z krwi i kości. Havald to, wydawałoby się, staruszek bez serca, ale z ogromną wiedzą. Momentami odnosiłam wrażenie, że to zimny drań, aby potem poznać jego delikatniejszą naturę. Lea za to zaskakuje młodzieńczym zapałem i naiwnością w niektórych obszarach, podczas gdy w innych wykazuje się dojrzałością i opanowaniem. Moją ulubioną bohaterką została jednak Zokora - mroczna elfka ciekawie i nieco zabawnie postrzegająca ludzką rasę. Czasami czytając jej wypowiedzi, nie mogłam przestać się śmiać nad rzeczą, która dla nas wydaje się naturalna, a ją niezmiernie dziwiła. Warto wspomnieć także o córce karczmarza rozumiejącej ideę poświęcenia oraz bardzo dorosłej, jak na swój wiek. Od połowy książki fascynowała mnie również postać Janosa, ale takiego rozwiązania tej zagadki w życiu bym się nie spodziewała!

Pierwszy Róg to niezwykle magiczna i fascynująca opowieść, która ma bardzo duże szanse rozpocząć jedną z moich przyszłych ulubionych serii. Nie mogę się doczekać kolejnego tomu, aby przekonać się, dokąd wydarzenia doprowadzą bohaterów i którym z nich będziemy w dalszym ciągu towarzyszyć. Tajemnice z zamierzchłej przeszłości przeplatają się z tymi współczesnymi naszym bohaterom i tworzą niezwykłą mieszankę grozy, humoru oraz delikatnego wątku kryminalnego. Muszę jednak ostrzec, że książka zawiera sceny erotyczne oraz drastyczne, więc sami powinniście zdecydować czy jesteście już na to gotowi. Gorąco polecam Pierwszy  Róg jako wiosenną lekturę, premiera już 20 kwietnia! :)


Wyzwania: Olimpiada CzytelniczaKitty's Reading Challenge

22 mar 2018

KONKURS WIOSENNY!

Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty!

Witajcie, witajcie ;) Dzień po kalendarzowym początku wiosny (pogodowym nie bardzo), ogłaszam konkurs sponsorowany przez Wydawnictwo Kufer! :) Do wygrania ich pierwsza książka, interesujące fantasy obyczajowe autorstwa Justyny Chrobak - Córka lasu!


Regulamin konkursu

1. Organizatorką konkursu jest autorka bloga Biblioteczka ciekawych książek.
2. Sponsorem nagrody jest Wydawnictwo Kufer.
3. Koszt przesyłki pokrywa organizatorka.
4. Zwycięzca zostanie wybrany przez organizatorkę.
5. Aby wziąć udział należy:
- obserwować blog Biblioteczka ciekawych książek
- odpowiedzieć na pytanie konkursowe
- mieć adres na terenie RP
6. Konkurs trwa do 23.04.2018 do końca dnia.
7. Wyniki zostaną ogłoszone w ciągu 7 dni na fanpage bloga.
8. Zwycięzca jest zobowiązany dostarczyć adres w przeciągu 5 dni w wiadomości prywatnej na fanpage lub na e-mail biblioteczkaciekawychksiazek@gmail.com
9. Wszelkie inne kwestie rozstrzyga organizatorka.

Wzór zgłoszenia:
Obserwuję blog jako:
Obserwuję fanpage jako:
Odpowiedz na pytanie konkursowe:

Pytanie konkursowe:
Z JAKĄ FABUŁĄ KOJARZY CI SIĘ TYTUŁ CÓRKA LASU? :)

POWODZENIA :)

PS. A na fanpage konkurs z Rozrywaczem :)

19 mar 2018

PREMIEROWO: 'Córka lasu' J. Chrobak


Opis:

Po długiej przerwie, Justyna Chrobak powraca z nowym tytułem "Córka lasu", który rozpoczyna kilku tomową, fantastyczną serię. Jest to powieść o młodej dziewczynie, wyrwanej ze swojego dotychczasowego życia, która musi odnaleźć się w nowej rzeczywistości do jakiej trafiła, przez przypadkowe poznanie tajemniczego młodego mężczyzny. Ryann, główna bohaterka, poznaje swoją rodzinę, swoje korzenie i nadprzyrodzoną część świata, o której wcześniej nie miała pojęcia. Wszystko to dzieje się w odległej krainie, do której można trafić przemierzając północną Norwegię, ale próżno jej szukać na mapie.

Opinia:

Do tej książki mam w sumie aby dwa zarzuty i tylko jeden dotyczy bezpośrednio samej historii. Drugim natomiast jest niezbyt dobrze wykonana korekta i mam nadzieję, że przy kolejnej powieści wydawnictwo bardziej zwróci na to uwagę :) Sam styl autorki jest prosty, ale plastyczny, więc czytało się szybko oraz przyjemnie.

Książka zaskoczyła mnie już na samym początku, ponieważ nie pamiętałam już dokładnie opisu, kiedy przybyła pocztą. Córka lasu, a dzieje się się w mieście i z lasem nie ma nic wspólnego? Lekki szok. Dodatkowo autorka od razu wprowadza nas w akcję, nie dając chwili, aby się nudzić. W książce nieustannie coś się dzieje, a pani Justyna wodzi czytelnika za nos. Komu możemy za ufać? Komu zależy na dobru Ryann? A to zakończenie! Niby wiem, że to epilog, ale patrzę na stronę obok ostatniej i nie jestem w stanie przeżyć tego, że dalej widnieje pustka. Niezwykle wciągnęłam się w tę opowieść, a Nesbero zachwyciło mnie swoją kreacją i historią!
Gdzie jesteś, kiedy chcę cię usłyszeć? Ty. Tak bardzo nieznajomy. Tak obcy. A jednak... To ciebie teraz potrzebuję.
Drugim lekkim minusem jest naiwność Ryann. Ufa ludziom pod wpływem emocji, nie myśli przez większość czasu rozsądnie i chociaż, o dziwo, nie było to irytujące, to nie do końca pasowało mi to do opowiedzianej historii. Poza tym dziewczynę da się lubić, a dodatkowym atutem jest posiadane poczucie humoru oraz pewna doza racjonalności przez co jej reakcja na niezwykłe wieści była bardzo prawdziwa. Z bohaterów lepiej możemy poznać także Petera, Arnę, Veika czy Trjena, ale ciężko mi o nich napisać, ponieważ ich osobowości są elementem zagadki, przynajmniej moim zdaniem, a ja nie chciałabym czegoś nieopatrznie zdradzić. Mam także nadzieję, że inne postaci rozwiną się w drugim tomie, bo chętnie poznałabym lepiej Toma czy Liv.

Zupełnie nie wiedziałam, czego mogę spodziewać się po autorce czy wydawnictwie. O autorce słyszałam po raz pierwszy, a Wydawnictwo Kufer kojarzyłam z etui na książki. Bardzo się cieszę, że miałam możliwość przeczytania ich pierwszej powieści i z niecierpliwością czekam, aż wydadzą kolejne! Córka lasu to książka krótka, ale bardzo emocjonująca i wciągająca. Nie raz i nie dwa zostaniecie zmyleni, wodzeni za nos, a fantastyczny świat wykreowany przez panią Justynę sprawi, że nie będziecie chcieli z tego uniwersum odchodzić. Jak dobrze, że to nie jednotomówka!

A już wkrótce będziecie mieli okazję wygrać właśnie Córkę lasu! :)


Wyzwania: ABC CzytaniaOlimpiada CzytelniczaKitty's Reading ChallengeCzytam, bo polskie

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Kufer.

16 mar 2018

'Pieśń i krzyk' J. Łukawski





Opis:
Opis  zawiera spoilery.
Arthorn, niegdyś przykładny oficer, po tym jak zdradziła go królowa, lojalność władzy ma w głębokim poważaniu. Najchętniej zaszyłby się w spokojnej Asnal Talath u boku ukochanej – tyle że właśnie trafił do niewoli.
Valesca straciła pamięć. Przy sobie ma jedynie tobołek ze starym mieczem. Kiedy wspomnienia zaczynają wracać, pojmuje, że czeka ją zadanie wielkiej wagi. Lecz najpierw musi odnaleźć Arthorna. Korzysta w pomocy pewnego tajemniczego podróżnika i… czarnego kota podejrzanej proweniencji.


Opinia:

Z tomu na tom coraz bardziej wpadam w uniwersum Krainy Martwej Ziemi i nie wiem czy uda mi się przeżyć zakończenie tej historii. Na szczęście to jeszcze nie koniec, uff!

Przygoda, wojna i wielka miłość (razy dwa, aby było ciekawiej). Brzmi zapewne strasznie schematycznie, ale pan Jacek opowiedział tę historię w sposób niezwykle oryginalny i wciągający. W tym tomie śledzimy równolegle losy Arthorna, Valeski oraz Batisty z Gwydonem. Momentami patrzymy także oczami Azure, Aurissa czy Mathonwy. Przedstawienie jednej historii z wielu punktów widzenia w tym wypadku to pomysł genialny. Śledzimy losy kochanków - tych rozdzielonych oraz tych, którym dane jest przemierzać świat wspólnie Odkrywamy sekrety, z których istnienia nie zdają sobie sprawy inni bohaterowie i zastanawiamy się, jak to wpłynie na ich decyzje. Samo zakończenie niesamowicie kontrastuje z resztą powieści - wydaje się spokojne, delikatne. Odnoszę jednak wrażenie, że to cisza przed burzą kolejnego tomu. Dodatkowym atutem książki stały się wątki miłosne, które choć niesamowicie ważne dla fabuły, nie irytują i nie sprawiają, że będzie ona ckliwa czy nadmiernie romantyczna.
- Zrobiłaś to, bo mnie kochasz. Tak naprawdę, całym sercem.
- Nie jestem pewna - bąknęła.

- Więc ja będę pewny za nas oboje - odrzekł łagodnie. - Kocham cię, Valesco, i ostrzegam, że nie pozwolę ci w to wątpić.
W tej części główne postaci niezwykle się rozwinęły. Arthorn to już nie tylko żołnierz wierny przełożonemu. Targają nim rozterki, zmuszając go do podjęcia trudnych i brzemiennych w skutki decyzji. Valesca, którą polubiłam już w poprzednim tomie, okazuje się niesamowicie waleczną i zdeterminowaną bohaterką. Pomimo absurdu swojego wyboru wierzy w niego i uparcie dąży do celu. Ciekawym nowym bohaterem jest Węgielek, ale nie napiszę nic więcej poza tym, że to kot, bo mogłabym coś zdradzić. Azure dalej pozostaje wredną jędzą, ale dużą metamorfozę przechodzi Auriss. Powracamy także do świata płanetników, co samo w sobie stanowi miłą niespodziankę.

Nie pamiętacie dwóch poprzednich tomów? Nie macie się o co martwić! Na początku książki znajdziecie list Arthorna, w którym opisuje on przygody z poprzednich tomów. Za to naprawdę mega duży plus! Osobiście jestem zachwycona lekturą i bardzo się cieszę na myśl o kolejnym tomie. Koniecznie musicie poznać Krainę Martwej Ziemi, bo to polska fantasy w najlepszym wydaniu! :)




Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN.

14 mar 2018

Chwilami los się uśmiecha, czyli współczesny Antek

Dziewczyny z MM stwierdziły, że mam to wrzucić :D Przed wami opowiadanie OBYCZAJOWE autorstwa Kitty :D Oczywiście nie obrażę się, jak nie chce wam się czytać. Po prostu wstawiam, bo jestem z niego DUMNA :) Dlaczego? Otóż zajęłam nim pierwsze miejsce w konkursie ogólnopolskim :) W jakim? To na końcu posta, bo ma długą nazwę :P Teraz zapraszam do lektury tych, którzy mają ochotę - ogółem jest to nowa, współczesna wersja opowiadania Antek B. Prusa :) Miałam 16 lat, gdy napisałam poniższe opowiadanie :)






   Całą moją historię należy zacząć od tego pamiętnego dnia, gdy wybłagałem mamę, aby zabrała mnie na dni Lipska. Mieszkaliśmy w pobliskiej wiosce, a ona musiała akurat coś załatwić w mieście. Samemu nie wolno mi było jeździć rowerem przez las dziurkowski, bo to jednak siedem kilometrów, a jeszcze dojazd na stadion w taki dzień to prawdziwe wyzwanie, bo wszędzie jeździ mnóstwo samochodów. Osobiście nie posiadaliśmy nawet Malucha, czy jak kto woli – Fiata 126p. W Dziurkowie uchodziliśmy za najuboższą rodzinę. Sprawy wcale nie ułatwiał fakt, że ojciec pił, a czasami kiedy wracał do domu, nawet nas bił – mnie i moją dwudziestoletnią siostrę, pracującą jako nauczycielka. Rodzinę utrzymywały głównie ona i matka. Czasami mnie udało się pomóc jakiemuś sąsiadowi, za co zapłacił, znając sytuację, ale jedenastolatek wiele nie może. 
Weszliśmy na teren stadionu, choć z rowerami u boku nie należało to do najprostszych rzeczy. Wzdłuż ścieżki prowadzącej do trybun stały stoiska z zabawkami, watą cukrową, a na otwartej przestrzeni ciut dalej rozstawiono wiele atrakcji dla dzieci, jak na przykład dmuchany zamek. Stanęliśmy z mamą przy krawędzi górki, pod którą znajdowało się boisko. W tej chwili na środku postawiono wielką scenę, a wokół biegały beztrosko pięcio- i sześciolatki. 
   W pewnej chwili na scenę wszedł zespół. Oczywiście, na muzyce średnio się znałem. Dostałem kiedyś od kolegi MP3 na urodziny, ale tylko z piosenkami jazzowymi, a te niezbyt przypadły mi od gustu. Nie wiedziałem, jaki to rodzaj muzyki, ale gdy tylko rozbrzmiała gitara, już wiedziałem, że to moja ulubiona. Wiedziałem, że jutro w szkole muszę zapytać Krzyśka, kto grał na dniach Lipska o… tak około dwudziestej, bo zegarek miała jedynie mama, a drugi znajdywał się w salonie na ścianie, więc nie miałem pojęcia, która godzina. 
   Na drugi dzień w szkole wydarzyło się kilka ciekawych rzeczy, jednak niekoniecznie wszystkie były miłe. Dzieciaki w szkole ogółem nic do mnie nie miały, kumplowałem się nawet z takimi trzema chłopakami. Nikt nie mówił nic na temat moich ciuchów, które mama szyła sama albo kupowała w lumpeksie ani też nie dokuczali mi z powodu tego, że trochę gorzej się uczyłem, ale na trójki wystarczyło. Prawie nikt, ponieważ w szkole mieliśmy taką bandę, która dręczyła wszystkich, a w szczególności mnie. Czasami mieli cykora, że moja siostra pójdzie z tym do dyrektora, bo w końcu uczyła tutaj, ale kiedy jej nie było w pobliżu – robili, co im się żywnie podobało. 
   Na pierwszej lekcji rozmawiałem z Krzyśkiem półszeptem, nie słuchając zbytnio polonistki. To dopiero czwarta klasa, miałem jeszcze czas, aby zmądrzeć. Tylko na lekcjach siostry, czyli na przyrodzie, się pilnowałem. Na polskim, matematyce, technice czy religii nauczyciele jedynie załamywali ręce. Krzysiek nie pamiętał, kto występował, ale powiedział mi inną ciekawą rzecz – u nas w szkole istniał zespół muzyczny i akurat brakowało im gitarzysty. Postanowiłem dopytać panią od muzyki, ponieważ kto inny by się ty interesował? 
   Poszedłem do niej zaraz po polskim. 
  - Dzień dobry. Proszę pani, słyszałem, że zespół poszukuje gitarzysty. Czy może mógłbym spróbować? – zapytałem. Znałem w końcu nuty, wiedziałem co oznaczają „te dziwne znaczki” na pięciolinii. Jedynie musiałby mi ktoś pokazać, jak to grać na gitarze. 
   - A to nie jest głupi kawał? Bo jak tak to od razu mówię „wynocha” – stwierdziła jak zwykle podenerwowana profesorka. 
    - Nie, to nie jest żart. Tylko ja nie mam własnej gitary – stwierdziłem z typowym dla takich chwil zażenowaniem, że znów czegoś nie mam, znów jestem gorszy. 
    - O to się nie martw, dam ci gitarę, bo szkoła to zapewnia, ale… - spojrzała na mnie dziwnie, jakby nie do końca była przekonana. – Umiesz grać? 
   - Znam nuty, a jeśli mogę wziąć gitarę do domu, to już za tydzień będę umiał grać dowolną piosenkę – zapewniałem. Bardzo zależało mi na tym, aby dostać się do zespołu i grać na gitarze, bo to, co usłyszałem wczoraj było tak niesamowite. 
  - No dobrze, dziś będę przejeżdżała obok twojego domu, przywiozę gitarę, bo aktualnie jest u mnie w domu. Masz tydzień, aby nauczyć się jakiejkolwiek piosenki z naszej książki, a jeśli nie z niej, to zapytaj Sylwię z szóstej klasy o nuty, bo to perkusistka. 
   To wydarzenie zaliczyłem jak najbardziej do szczęśliwych, ale dwa kolejne już niekoniecznie. 
   Plotka, że chcę wstąpić do zespołu, dość szybko rozeszła się po szkole. Na przerwie zaczepił mnie jeden z chłopaków z bandy. Z początku nie zwracałem uwagi na jego zaczepki, co poskutkowało jedynie tym, że pchnął mnie na parapet. Uderzyłem o niego plecami, czując przy tym okropny ból. Zagryzłem zęby, aby się nie rozpłakać. 
   - Czego chcesz? – zapytałem bardzo zdenerwowany. 
   Nigdy nie miał żadnego powodu, aby mi dokuczać. Nic nigdy go nie usprawiedliwiało. Ten łobuz wcale nie zawracał sobie głowy regulaminem i mało go obchodziły konsekwencje, jakie niosły prawie wszystkie jego działania. Dręczył, bo lubił. 
  - Nie wolno mnie ignorować – powiedział tym swoim niskim, pyskatym głosem. – Ty siebie wyobrażasz na miejscu gitarzysty, łachmaniarzu? Ty w życiu nie widziałeś gitary, łamago! – stwierdził, używając przy tym typowych dla niego przezwisk oraz robiąc przy tym minę półgłupka, którym w sumie chyba był. 
   Miałem już szczerze dość tego ciągłego poniżania, ale nie mogłem się postawić dwa razy większemu szóstoklasiście, chociaż nietrudno być dwa razy większym ode mnie, bo czasami w domu nie starczy na dość jedzenia i chodzimy głodni i wychudzeni, jednak wolałem nie ryzykować życia w bójce z tym dryblasem. 
    Nie odpowiedziałem nic na jego chamską zaczepkę. Poszedłem grzecznie na lekcję, myśląc, że dziś gorzej już nie będzie i nic złego mnie nie spotka. 
    Kiedy wróciłem do domu, okazało się, że bardzo się myliłem. Zastałem w nim tylko pijanego jak zwykle ojca. Wodził po pokoju prawie martwym i dziwnie obłąkanym spojrzeniem, po czym rozpoznałem, że to niezbyt dobra pora na przebywanie z nim w jednym pomieszczeniu. Zanim jednak zdążyłem zrobić cokolwiek – dostrzegł mnie. Przechylił głowę w prawo i lewo, jakby upewniając się, że to nie jest żadna fatamorgana, bo czasem je miewał, kiedy zbytnio „uraczył się zacnym trunkiem”. Podniósł się ze stołka, na którym spokojnie do tej pory siedział, przewracając butelki wokół, po czym zachwiał się i podszedł do mnie koślawym krokiem. Jego „perfumy” wyczuwalne były w całym domu, ale w tej chwili to on stanowił źródło najintensywniejszej woni, co wcale dobrze nie wróżyło. Oczywiście zaczął dość agresywnie. Chwycił mnie za ramiona i mocno potrząsnął kilka razy, mówiąc coś niezrozumiale. Po chwili przestał, wciskając mi w dłoń trochę pieniędzy. Już wiedziałem, o co mu chodziło. Czasami ojciec nie był w stanie pójść pod sklep, więc wysyłał mnie bądź Lucynę. Mama pozwalała na to, uprzedziła nawet sprzedawczynię w pobliskim sklepie, że może mi sprzedawać alkohol, bo inaczej ojciec nas pozabija w szale. Dziś jednak nie miałem siły nigdzie iść; już do domu ledwo doszedłem przez tego dryblasa, który pchnął mnie na parapet i plecy do tej pory dawały o sobie znać. 
    - Dziś nie – mówiłem do niego jak do małego dziecka, aby na pewno wszystko zrozumiał. – Dziś nie mogę. 
    Ten dziwny, martwy i obłąkany wyraz jego twarzy przerodził się w furię. Uderzył mnie w twarz, po czym zamachnął się znów, ale – choć lekko oszołomiony – zdołałem zrobić unik i uciec do pokoju z pieniędzmi, które oddam mamie. Tutaj byłem bezpieczny, bo ojciec nie miał teraz na tyle siły, aby wyważyć zamknięte na dwa zamki drzwi. 


   Pani od muzyki była zadowolona z mojej gry. Dała mi wczoraj nuty, abym nauczył się grać odpowiednią piosenkę. Mama wyklinała mnie jak ojca, ponieważ cały ten tydzień nie robiłem nic innego poza siedzeniem w pokoju i ćwiczeniem gry, ignorując nawet jej błagania. Zbytnio skupiłem się na moich marzeniach i to one stały na pierwszym miejscu, poza nimi nie istniało po prostu nic innego. To znaczy… To, co graliśmy w szkole nie równało się z pięknymi dźwiękami, jakie słyszałem na dniach Lipska, ale jednak grałem na gitarze. Na prawdziwej gitarze! Nie mogłem w to uwierzyć, a mimo wszystko, choćbym szczypał się co trzy sekundy dla upewnienia – trzymałem ją w dłoniach, opierałem jej pudło rezonansowe na udzie, muskałem palcami struny. 
   Dzisiejszego dnia nasz zespół miał próbę. Na sali byli już wszyscy oprócz perkusistki. W sumie w szkole mijałem tych ludzi, ale nigdy nie wiedziałem, że kiedyś będę z nimi robił coś, co nas połączy. Pani profesor zapoznała mnie już z nieco przysadzistą, ale za to miłą wokalistką Julą oraz dobrze zbudowanym i lubiącym dobre żarty i śmiech pianistą Rafałem. Czekaliśmy już jedynie na liderkę zespołu – Sylwię. 
  W końcu, po jakimś kwadransie dość ciekawej rozmowy na temat jazdy na rowerze, drzwi sali gimnastycznej otworzyły się i stanął w nich… Anioł. Tylko tak mogłem opisać tę boską postać, która miała być naszą liderką. Długie blond włosy opadały na smukłe ramiona i zakrywały całe łopatki, a niektóre pasma z przodu położyły się na idealnych piersiach. Perkusistka posiadała z pewnością tak zwaną talię osy, bo choć nigdy wcześniej takowej nie widziałem, to coś podpowiadało mi, że to właśnie to. I kiedy moje oczy skupiły się znów na twarzy dziewczyny, dostrzegłem duże, malinowe usta. Nad nimi zgrabny, malutki nosek, a powyżej dwa szmaragdy, które od czasu do czasu przykrywała kaskada czarnych rzęs. 
  - Jestem Syśka, a ty? – powiedziała, uśmiechając się i wyciągając w moją stronę rękę na powitanie. 
 - Antek – odpowiedziałem, idealnie tuszując chwilowy brak oddechu, po czym uścisnąłem dłoń dziewczyny. 
  - Przepraszam panią bardzo za spóźnienie, ale dyrektor mnie zatrzymał, wypytując, czy udało nam się już znaleźć odpowiednią osobę na puste miejsce. Jak mniemam, jest nią właśnie Antek, prawda? – cały czas mówiła z takim uśmiechem, że aż wydawał mi się chwilami sztuczny, ale przecież anioły nie kłamią. 
  - Oczywiście. Oto nasz nowy gitarzysta. Antku, może pokażesz reszcie, co potrafisz? W końcu to nie lada wyczyn nauczyć się w tydzień tak trudnej piosenki - powtórzyła po raz kolejny nauczycielka. Od wczorajszego ranka, gdy dla niej zagrałem, usłyszałem to już przynajmniej pięć razy. Ale czy to naprawdę aż taki wyczyn nauczyć się w tydzień idealnie grać znalezioną w podręczniku od muzyki piosenkę „Skrzydlate ręce”? Może tak się tym zachwycała, ponieważ ja nigdy wcześniej nie trzymałem w rękach gitary. Dla mnie nie stanowiło to żadnego wyczynu, bo to łatwizna. 
  Usiadłem na krzesełku, oparłem nogi pewnie na ziemi, ułożyłem gitarę i zacząłem grać. Po tym występie spojrzałem na Sylwię. Uśmiechała się tak słodko… Poczułem się tak, jakbym właśnie zjadł tabliczkę czekolady, a to zdarzało się bardzo rzadko. Jednak przepełniło mnie takie szczęście, że akurat jej się to podoba. 
  - To jest cool – stwierdził Rafał, klepiąc mnie po plecach. 
  - Widzicie, jaki utalentowany. Po prostu dziecko gitary – zachwycała się nauczycielka, a ja jej nie słuchałem, tylko patrzyłem na boski uśmiech Sylwii. Jak można zesłać takiego anioła na tą okropną ziemię?! 


   - Mógłbyś coś w końcu zrobić pożytecznego! A nie, zamykasz się tylko w tym pokoju i grasz! Karolina i ja nie będziemy harowały jeszcze na ciebie! Zamieniasz się w ojca! – krzyczała matka. 
  Średnio mnie to interesowało. Ja dążyłem wbrew wszystkiemu do spełniania marzeń, a miałem ostatnio wrażenie, że wszystko poza zespołem było przeciw. Nauczycielki uparły się na sprawdziany, jak nigdy. Koledzy zajmowali się nauką i nawet niezbyt miałem, z kim porozmawiać; jedynie z Rafałem, który podchodził do mnie czasami nawet na przerwach. Dyrektor naglił nas, ponieważ przed ostatecznym występem, chciał, abyśmy zagrali tylko dla niego. Okazało się, że ten koncert edukacyjny ma być bardzo ważny dla życia naszej szkoły, gdyż miał się na nim pojawić wójt Solca nad Wisłą. Sylwia bardzo się tym przejmowała. 
   - Przecież na pewno coś pójdzie nie tak. Albo instrumenty nagle się popsują, albo recytatorzy się pomylą. To będzie masakra! – rozpaczała cały czas liderka, załamując ręce. W końcu odpowiedzialność za cały koncert spoczywała na niej. 
  - Nic się nie stanie, zobaczysz – uśmiechnąłem się do niej łagodnie. – Jesteś super liderką i wszystko, co zrobimy będzie świetne. Tylko musisz w to wierzyć – powiedziałem, a ona tylko odwzajemniła uśmiech. 
   - Dzięki – rzekła, po czym pocałowała mnie delikatnie w policzek i odeszła w stronę łazienki dla dziewczyn z lekkim rumieńcem. 
   Zrobiło mi się tak gorąco, jakby było co najmniej pięćdziesiąt stopni. Na policzku nadal czułem jej rozgrzane usta. Nie mogłem uwierzyć, że to zrobiła. Pocałował mnie anioł… 
   - Hej, kochasiu, pobudka – rozbawiony głos Rafała sprowadził mnie na ziemię. 
   - O… hej – odpowiedziałem lekko zdekoncentrowany. 
  - Widzę, że nasza Sylwia przypadła ci do gustu, a ty chyba jej – stwierdził z zadziornym uśmieszkiem pianista. – Ale mniejsza o tej płci pięknej, bo się za dużo wyda, jak usłyszą jakieś plotkary. Wiesz, że za dwa miesiące w Solcu będzie otwarta impreza, na której wystąpi dość popularny gitarzysta z Warszawy, ten co na dniach Lipska wspierał jakiś zespół? Idziemy, nie? – zapytał chłopak, puszczając mi perskie oko. 
   - Jasne! – oczy zaraz mi rozbłysły. 
  Niby dobrze czułem się w zespole szkolnym, ale to nie było to, co usłyszałem wtedy, na dniach Lipska. To nie równało się z tamtą muzyką, ale zawsze lepsze coś, co ma z tym choć trochę związek niż zupełne nic. Ta otwarta impreza była szansą, jakiej nie mogłem puścić wolno. Cały mój umysł wiedział, że muszę ją wykorzystać, bo inaczej myśl, że zmarnowałem taką okazję – nie przestanie mnie dręczyć. 
   Kątem oka zobaczyłem, jak otwierają się drzwi do damskiej łazienki. Oczywiście, wyszła z niej Sylwia, ponieważ nikogo o tej godzinie nie było już w szkole. Nasze próby odbywały się około godziny siedemnastej. 
   Jula sprzeczała się o coś z nauczycielką, nie wiedzieliśmy, jaki był powód. Jednak nie wyglądało to zbyt ciekawie. Na twarzy profesorki pojawił się gniew, a to nie wróżyło niczego dobrego. 
   - Wiesz może, co jest nie tak? – zapytałem Sylwii. Wydawała się doskonale znać odpowiedź na to pytanie. Spojrzała na mnie niepewnie, potem na Rafała i znów na mnie. 
   - Ojciec Julki to wójt. Jest w zespole tylko dlatego, że jej tatuś funduje sprzęt. Za dobrze jej ta gra w końcu nie wychodzi od początku – Rafał przytaknął, potwierdzając słowa koleżanki. – No i kłócą się, bo pani stwierdziła, że odpuścimy sobie solówkę Julki. Wszyscy wiemy z jakiego powodu… 
    No fakt, Jula za dobrze nie grała. Czasami wręcz tragicznie. Psuło to często naszą pracę, ale nikt nic nie mówił. Myślałem, że to z powodu żalu, jakiegoś współczucia, a teraz okazuje się, że to w ogóle inna bajka. Wszystko idzie o władzę. Po spojrzeniach reszty wywnioskowałem, że było coś jeszcze, o czym ja nie wiedziałem… W sumie to nigdy Sylwia i Jula nie odnosiły się do siebie przyjaźnie… Ale czy to miało związek z tym? 
  Zbyt zaciekawiła mnie ta kłótnia. Postanowiłem podejść bliżej, aby cokolwiek usłyszeć. Rozmówczynie stały akurat przy instrumentach, więc zbliżyłem się pod pretekstem zobaczenia, czy z moją gitarą wszystko w porządku. Nie zauważyły mnie nawet. 
     - …nie miało być! – pyskowała Jula, mierząc nauczycielkę morderczym wzrokiem. 
     - W umowie z twoim ojcem należysz do zespołu, nie nim kierujesz. Kieruję nim ja. I tylko ja mam prawo decydować, jak będzie wyglądało przedstawienie – kobieta mówiła cicho, jednak robiła to w taki sposób, że aż przeszedł mnie dreszcz. 
    - On będzie na występie i ma usłyszeć moją solówkę! Jestem jedyną nadzieją tego zespołu! Nie możesz… - dziewczyna prawie krzyczała. 
   - Moja droga, nie jesteśmy na „ty”. Owszem mogę – w tej chwili nauczycielka dojrzała mnie. Szybko spuściłem głowę, udając, że sprawdzam naciągnięcie strun. – Twoją solówkę postanowiłam zamienić na solo Antka, ponieważ gra o stokroć lepiej od ciebie. 
    Już wiedziałem, że pomimo tego zaszczytu, mam ogromne kłopoty. Jula spojrzała na mnie, jak na małego robaczka, którego chce zgnieść. Rozumiałem jednak, dlaczego pani od muzyki wpadł ten pomysł do głowy i mimo wszystko cieszyłem się, że będę mógł już na pierwszym występie zagrać solówkę. 


    Nadszedł ten długo wyczekiwany dzień. Wreszcie mogłem pokazać innym uczniom, że jestem coś wart. Wójt dziwnie patrzył na mnie i panią od muzyki. Nie podobało mi się to wcale, ale starałem się skupić na gitarze. Liczyła się tylko ona, nie istniało nic innego. Wczuwałem się i utożsamiałem z każdym drgnięciem nylonowych strun. Dźwięki wydobywające się z pudła rezonansowego wydawały mi się strzępami mojej duszy, która tylko tak stanowiła całość. 
    Owacje. Ktoś rzucił Sylwii kwiaty na scenę. Dyrektor rozmawia z wójtem. Wójt podchodzi do mnie i gratuluje solowego występu, ale chyba tylko z racji, że wypada, bo z jego oczu bije wrogość. Złość na twarzy Julii… 
   To wszystko przemykało mi przed oczami, kiedy wieczorem leżałem w łóżku, myśląc, jakie wspaniałe rzeczy ostatnio wydarzyły się w moim życiu. Czułem jednak również wyrzuty sumienia, bo mama tyle dla mnie zrobiła, a ja czym jej się odwdzięczałem? Niczym. Żerowałem na niej i mojej siostrze, ale nie jak ojciec. Nie, ja taki nigdy nie będę. Kiedyś im pomogę, bo kiedyś stanę się sławny i może dzięki mnie też jakiś dzieciak odkryje w sobie powołanie do tej pięknej sztuki tak, jak ja podczas dni Lipska. I wtedy będę miał wystarczająco dużo pieniędzy, aby kupić Karolinie i mamie lepszy dom, i pomogę im znaleźć lepszą pracę, albo… Albo zrobię wszystko, aby nie musiały pracować… 
    Ech, jak ciężko jest być dzieckiem. Jakbym był już dorosły to poszedłbym do jakiejś wytwórni i pokazał im, co potrafię… 
   I właśnie tego dnia napisałem swoja pierwszą piosenkę. Może to wszystko, o czym wtedy myślałem to po prostu głupie marzenia, ale gdzieś tam w środku wiedziałem, że mogę daleko zajść. Kiedy grałem, moje serce rwało do przodu niczym wolny ptak, któremu nie stawia się na drodze żadnych przeszkód, a odkładając gitarę, czułem się, jakby ktoś tego rozśpiewanego słowika zatrzasnął w klatce. Nie wiem, co skłaniało mnie do myślenia, że to jest przeznaczenie; że następny krok to sława, pieniądze. 
    W końcu sen wziął mnie w swoje władanie, nie miałem nic do gadania. Po prostu powieki opadły, a ja odpłynąłem w świat marzeń. 


   Następnego dnia czekały mnie jednak przykre wieści. Szkolny zespół został rozwiązany z powodu… Odejścia Juli, która zabrała cały sprzęt. Znienawidziłem ją za to. To takie nie sprawiedliwe! Nareszcie robiłem to, co chciałem, a ta dziewczyna wszystko niszczy! Sam nie miałem możliwości kupna gitary, w okolicy nie było już żadnych takich zespołów. Miałem ochotę zniszczyć wszystkich i wszystko, co stało za tą tragedią. Moja mama za to wydawała się być zadowolona z tej sytuacji. Miała nadzieję, że wreszcie coś w tym domu zrobię. 
   Chodziłem wszędzie tak, jakbym był tu tylko ciałem, a myślami i oczami wyobraźni widziałem siebie i gitarę. Muzyka – to ona stała się moją kochanką (o ile takie słowo przystoi jedenastolatkowi). Tęskniłem za tym uczuciem, gdy utożsamiałem się z dźwiękami instrumentu trzymanego w rękach. Wszystko, co robiłem przez te kilka tygodni, robiłem bezmyślnie, automatycznie. Nic mnie nie interesowało. 
   W międzyczasie ojcu się zmarło. Przynajmniej mama pozbyła się jednego pasożyta, ale ja czułem się tym drugim. Mieszkałem tutaj, jednak nie byłem obecny i niewielki miała ze mnie pożytek, choć starałem się jej pomagać. Czasem patrzyła z taką litością i współczuciem. Nie czuła się szczęśliwa, kiedy ja powoli zatracałem się w tym wszystkim i gubiłem. Wieczorami, gdy o nic mnie nie prosiła, wychodziłem z domu i włóczyłem się po wsi, budząc wszystkie psy. Cały mój świat się zawalił… 
   Pani od muzyki również to przeżywała, jednak u niej górowała wściekłość. Cały czas powtarzała, że tak utalentowane dzieciaki straciły właśnie szansę na rozwój i doskonalenie się. Jula przestała chodzić tutaj do szkoły, bo wszyscy patrzyli na nią, jak na zbrodniarza. W końcu każdy wiedział, że to wszystko jej sprawka. 
   Mijały kolejne dni, a mnie nic nie potrafiło pocieszyć. Z nudów i tęsknoty zrobiłem sobie małą, drewnianą gitarę, gdzie zamiast strun poprzyczepiałem nitki. Nie grała tak pięknie jak tamta, w ogóle nie wydawała z siebie dźwięków. Nawet jeżeli w zespole nie graliśmy tego, co usłyszałem wtedy i za czym najbardziej było mi tęskno, to jednak tworzyliśmy jakiś rodzaj muzyki. Teraz nie miałem możliwości tworzenia niczego. 
   Rafał często podchodził do mnie na przerwach, rozmawialiśmy, ale te rozmowy nie były już takie, jak kiedyś. Pewnego dnia zostałem zaproszony do jego domu. Oczywiście z kultury nie wypada odmówić, a i zżerała mnie ciekawość, jak mieszka mój kolega, a w sumie to już przyjaciel. Z innymi kontakt jakoś tak się urwał. 
   Spod szkoły odjechaliśmy rowerami z martwymi minami. Akurat tak się złożyło, że tego dnia kończyliśmy lekcje o tej samej godzinie, ale żadnemu się on nie udał. Zresztą, jak mógłby, skoro musieliśmy przesiedzieć spokojnie na sześciu lekcjach? Tortury. Nigdy nie rozumiałem, jak Karolina mogła zostać nauczycielką i spędzać w tym więzieniu więcej czasu. Jednak nie narzekałem – z tego mieliśmy pieniądze. 
    - Co powiesz? – zapytał Rafał, kiedy weszliśmy do jego pokoju. 
   Na ścianach wisiała masa plakatów, głównie jednego zespołu i na każdym było napisane „QUEEN”. Nie miałem pojęcia, jaką muzykę grają, ale wyglądali ciekawie. Ogółem pokój jak pokój – łóżko, komoda, komputer na biurku i kręcone krzesło obok, półka na płyty. 
  - Nieźle. Co to za zespół? – zapytałem na wstępie, ponieważ coś przykuło moją uwagę, a mianowicie gitara na kilku plakatach. Nie wyglądała, jak ta moja. Nie posiadała pudła rezonansowego oraz miała zupełnie inny kształt. 
  - Rockowy. Queen. Może słyszałeś o Freddiem Mercurym? A zresztą, patrz – podszedł do największego plakatu. – To jest Freddie, wokalista – pokazał na dość szczupłego mężczyznę z wąsami. – John od gitary basowej. Perkusista Roger, zresztą mój ulubieniec. I ktoś, kto tobie powinien przypaść do gustu, bo świetnie gra na gitarze elektrycznej, wspaniały Brian May – za każdym razem pokazywał na któregoś z czterech mężczyzn. Potem podszedł i włączył komputer. – Zaraz puszczę ci jego solówkę. 
  - Okej. 
  I tak znaleźliśmy z Rafałem temat do rozmów – zespół Queen. Na tym upływały nam godziny. Nareszcie jakoś odżyłem po rozpadzie zespołu. Stałem się bardziej pomocny w domu. Minął rok, a ja wciąż nie miałem dość wsłuchiwania się głównie w grę Briana. To było to, co wtedy usłyszałem – rock. Właśnie to i tylko to chciałem grać. Tylko jak? 
  Miałem dwanaście lat, na ile zdałaby mi się ucieczka z domu? „Bez sensu” – powtarzał głos rozsądku, jednakże miał też dobre pomysły. Dużo czasu spędzałem poza domem, zarabiając jakoś dorywczo. Matce też pomagałem, jak mogłem, abym znów nie był traktowany jak darmozjad. „Dotrwaj do szesnastki” – powtarzałem sobie w nieskończoność. 
   I dotrwałem. Dokładnie w szesnaste urodziny pożegnałem się z Rafałem, zakradłem do ogródka, aby ostatni raz spojrzeć na Sylwię, która nadal pozostawała dla mnie nieosiągalnym aniołem, po czym oznajmiłem mamie, że jadę do Warszawy. Miałem trochę swoich pieniędzy, fakt faktem niewiele, ale zawsze coś. 
    - Zwariowałeś?! - zaatakowała Karolina. – Chcesz żebyśmy zawału dostały?! 
   - Nie, chcę pomóc. Ustawię się w Warszawie, przeprowadzicie się do mnie… albo będę wam wysyłał pieniądze. Proszę, mamo. Bez twojej zgody nic mi się nie uda. Zobacz, jaką mam szansę. Pójdę tam do szkoły, zacznę pracować – patrzyłem na matkę. Wiedziałem, że mimo wszystko stąd ucieknę, ale szanowałem tę kobietę i jeżeli zrobiłbym coś aż tak wbrew niej – zżerałyby mnie potworne wyrzuty sumienia. 
    A ona patrzyła na mnie. Ten wzrok. Patrzyła, jak na małego chłopca, który prosi o zabawkę. Wahała się. 
   - Proszę, to jest szansa dla nas wszystkich – mówiłem, jakbym tylko chciał wyjść na chwilkę na dwór, miał zakaz. Co z tego, że sprawa była dużo poważniejsza? 
   - No dobrze. Kiedy? – zapytała, ale widziałem ten ból z powodu takiej decyzji. Wystarczyło spojrzeć w jej oczy, w tej chwili jakby martwe. 
    - Dziś, skończyłem już szkołę, więc mogę spokojnie wyjechać, a im szybciej, mamo, tym lepiej – wyjaśniłem spokojnie, choć trudno było mi o tym mówić. – Kiedy już będę miał jak, odwiedzę was, dobrze? – spytałem, ale nic nie odpowiedziała. Tylko patrzyła, a w oczach zaszkliły jej się łzy. – Mamo? – pierwsza kropelka spłynęła po policzku. Spojrzałem na Karolinę, po czym podszedłem, pocałowałem matkę i siostrę w policzek… i wyszedłem. 
   Szkoda mi było opuszczać dom. Wiedziałem, że będzie ciężko, ale człowiek jest coś wart tylko wtedy, gdy podąża za marzeniami. Właśnie to chciałem zrobić – gonić za tym marzeniem jak szaleniec, aby je złapać, a po wszystkim, kiedy już osiągnę swój cel, odwdzięczyć się dwóm kobietom, które tyle dla mnie zrobiły. To straszne, że tyle talentów na świecie się marnuje, bo nie mają możliwości rozwoju z powodu sytuacji materialnej. Powinno się walczyć o to, aby kraj miał się kim pochwalić. Tymczasem biedne dzieci, takie jak ja, z małych miasteczek bądź wsi muszą radzić sobie same. I właśnie ja postanowiłem udowodnić sobie, że warto, bo żyje się tylko i wyłącznie raz. 
    I było warto, choć na początku strasznie ciężko. Mieszkałem u jakiegoś staruszka, któremu byłem wdzięczny za nocleg i posiłki. Codziennie w tygodniu chodziłem najpierw do szkoły, a zaraz po niej - do pracy, która nękała mnie również w weekendy. Dopiero po roku szkołę odwiedził łowca talentów, co podobno często się tutaj zdarzało. Zapisałem się na casting, a dyrektor, który chętnie wspierał swoich uczniów, wynajął mi gitarę elektryczną na miesiąc przed występem. Nauczyłem się oczywiście bardzo szybko dość trudnego, bo własnego, utworu… I dałem czadu. Cała sala szalała, a łowca od razu zapisał moje nazwisko. 
   Potem sprawy potoczyły się szybko. Grałem koncerty: najpierw w szkołach, na jakichś mniej ważnych imprezach. Połowę z tych pieniędzy wysyłałem mamie i Karolinie. Następnie pomagałem zespołom, gdy gitarzysta zachorował albo nie mógł grać. Powoli wspinałem się na szczyt, aż na stałe trafiłem do „The Rolls” – młodzieżowego zespołu, który brnął tą krętą ścieżką na sam szczyt. W dwa tysiące czternastym roku nasz utwór znalazł się na pierwszych miejscach list przebojów w trzech krajach. Coś w życiu udało mi się osiągnąć, choć wszyscy na początku nie dawali żadnych szans na sukces. Wato spełniać swoje marzenia, bo chociaż to niezwykle trudne – efekty są zadowalające. Zamiast siedzieć na pupie przed telewizorem, należy coś zrobić, by nasze pomysły na przyszłość – wcielić w życie. Nikt nigdy do niczego nie doszedł, nic nie robiąc. Sukces wymaga pracy, czasu i poświęcenia, ale warto, choćby dla samej satysfakcji, że coś się zrobiło.


Praca zajęła I miejsce w IX Ogólnopolskim Konkursie Literackim z okazji setnej rocznicy śmierci Bolesława Prusa pt. „Literacka wędrówka śladami Bolesława Prusa i jego bohaterów”.

PS. Lipsko, Solec n. Wisłą oraz Dziurków istnieją naprawdę, znam je zresztą całkiem dobrze, bo to tam po części się wychowałam :)