20 lut 2018

'Diabolika' S. J. Kincaid



Opis:Służę córce senatora, Sydonii, którą traktuję jak siostrę. Zrobiłabym dla niej wszystko. Teraz, aby ją ochronić, muszę udawać, że nią jestem, zachowując w tajemnicy moje zdolności. Wśród bezwzględnych polityków walczących o władzę w imperium odkryłam w sobie cechę, której zawsze mi odmawiano – człowieczeństwo. Mam na imię Nemezis i jestem diaboliką. Czy mogę zostać iskrą, która rozbłyśnie w mroku imperium?


Opinia:

Autorka nie potrafi oddać wielkich emocji targających bohaterami, a niektóre dialogi wydawały mi się tak sztuczne, że książka mogłaby się obyć bez nich. Brakowało humoru, namiętności czy wzruszenia. Styl S. J. Kincaid nie przedstawia sobą niczego niezwykłego, choć nie jest też najgorszy.

Pomimo negatywnych recenzji tej powieści postanowiłam spróbować, bo zaciekawił mnie pomysł, sama idea diabolik. Diabolika to science fiction, gatunek, który czytam raczej sporadycznie. Znajdujemy się w momencie, gdy ludzkość korzysta z niezwykle zaawansowanej technologii, ale zaprzepaściła dobro nauki i nie potrafiłaby sobie poradzić w razie popsucia się urządzeń, z których korzystają na co dzień. Jednym z takich wynalazków są diaboliki - istoty przywiązane do jednej osoby jako ich obrońca. Może są jednak bardziej ludzkie niż chcieliby przypuszczać ludzie?

Obserwowałaś kiedyś tygrysa? Prawdziwe tygrysy to same mięśnie i ścięgna, mają szczęki tak mocne, że mogłyby przegryźć najsilniejszego z ludzi. a jednak gdy widzisz, jak się skradają, jak polują, sama ich siła sprawia, że mają więcej gracji niż najpiękniejsze spośród najdelikatniejszych stworzeń.
Tym, co niesamowicie zirytowało mnie w powieści, był ostatecznie sam zamysł. Nemezis miała stanowić broń, istotę, a nie człowieka. Bo tym się ostatecznie okazała - człowiekiem. I nie, to nie jest spoiler, nie według mnie. Dlaczego? Nasza Nemezis od samego przybycia na dwór cesarza okazuje uczucia i zachowuje się ludzko, prawie zupełnie zatracając naturę diaboliki, o której czasem sobie przypomina. Dodatkowo z marszu zostaje nam zapowiedziany wątek miłosny, który potem rozwija się w tak schematyczny sposób, że aż chciało mi się płakać. Autorka wplata także sceny zupełnie niepotrzebne, mające chyba przedłużyć na siłę książkę. Zakończenie? Kolejna jedna wielka oczywistość, pomimo, że autorka cały czas powtarza, jakie to przebiegłe są osobistości z rodu cesarskiego.

Aby pisać science fiction, trzeba mieć jakiś pomysł na świat, na technologię. Autorka poszła po najlżejszej linii oporu. Jej bohaterowie są otoczeni technologią, którą potrafią się posługiwać, ale nie wiedzą, na jakich zasadach działa. I ta-dam! nie trzeba nic tłumaczyć! No przecież są robociki-obrońcy, robociki układające fryzury, robociki modyfikujące wygląd. Jakimś cudem ludzie nie rozumiejący nauki (tj. fizyki, matematyki, biologii etc.) tworzą humanoidy i potrafią je dostosować do pewnych potrzeb (np. powiązać diabolikę więzią z panem). Jednocześnie przy istnieniu robotów wszystkie komputery i nośniki zostały zniszczone, a mimo to ludzie jakoś się ze sobą komunikują, mają fora międzyplanetarne etc.

Ludzie mówią o uczuciach podniosłym tonem. Mnie wydawały się udręką. Nie mogłam uwierzyć, że sprawiają komuś przyjemność. Jak ktokolwiek mógł rozkoszować się tą nieznośną potrzebą roszczenia sobie praw do drugiego człowieka.
Nemezis, nasza główna bohaterka, to naprawdę irytująca osobowość. Od kiedy odkrywa uczucia (a długo jej to nie zajmuje), poddaje się im cały czas, łatwo nią manipulować oraz wmawiać jej wiele rzeczy. Uważa się za inteligentną i spostrzegawczą, a tak naprawdę za wszystkie sznurki pociągają Tyrus i Cygna. Donia za to równie dobrze mogłaby być przedstawiona jako pięciolatka! Jedyną ciekawą postacią pozostaje Cygna, matka cesarza. Intrygowała mnie jej osobowość, której jednak autorka nie potrafiła do końca rozwinąć, ale chociaż na koniec okazała klasę. Główne ciacho? O ratujcie! Współczujący, przebiegły, mega inteligentny i normalnie darzący Nemezis tak wielką miłością, że chciało mi się wymiotować nad tym schematem.

Miałam ochotę walić głową w ścianę. Tę książkę faktycznie da się przeczytać. Przedstawia ona pewną ciekawą, choć niedopracowaną wizję świata. Niczym was jednak nie zaskoczy. Może nie irytowałaby mnie tak bardzo, gdyby nie to, ze nastawiłam się na coś więcej, bo sama idea mnie tak przyciągała. O ile więc nie macie odnośnie niej wielkich wymagań, może być stosowana jako typowy odmóżdżacz, na którym nie trzeba się skupiać bo nawet pomijając cały rozdział, nie będziecie mieli problemu z odszyfrowaniem, co się działo. Jako ambitniejszą czy nawet bardziej rozrywkową lekturę nie mogę jej jednak polecić.

Wyzwania: ABC CzytaniaOlimpiada CzytelniczaKitty's Reading Challenge

17 lut 2018

"Kochaj mnie namiętnie tak, jakby świat się skończyć miał"

Nie było postu walentynkowego, ponieważ od 5 lat nie obchodzę Walentynek. Po co, skoro 3 dni później obchodzimy z chłopakiem rocznicę? :D 
Długo myślałam nad tym, co napisać w dzisiejszym poście. I w sumie postanowiłam improwizować. Rok temu bowiem nie musiałam nad tym myśleć, bo z pomocą przyszło mi Morze Spokoju, które mogłam zrecenzować :D


Poznaliśmy się jako dzieci, chodziliśmy do tych samych szkół od czasu zerówki - z tym, że do innych klas. W 1-3 nawet rozmawialiśmy, w końcu był tam aby jeden korytarz na wszystkich uczniów. Następnie poszliśmy do większej szkoły i kontakt się urwał. 


Potem, bez wnikania w szczegóły, zaczęliśmy ponownie rozmawiać w 2 kl. gimnazjum (choć zabrzmi to, jak tani romans, podpowiem, że maczał w tym palce LoL oraz mój były). I zaczęło się. Całonocne pisanie, gadanie na skype, wspólny serwer na Minecraft (nie pytajcie, czemu mój związek oscyluje wokół gier). Wiecie dziewczyny, kiedy zapalony gamer wychodzi z meczu CS'a, aby wam odpisać - to musi być miłość! Nawet, jeśli zaspał na wasze pierwsze spotkanie po szkole :D (No wstałem, ubrałem się do szkoły, położyłem na 5 minut, a kiedy się obudziłem, była już 12).


Pamiętna rozgrywka w LoLa miała miejsce w grudniu, w okresie przerwy świątecznej. Pod koniec stycznia cały rocznik nieoficjalnie traktował nas już jako parę. Chodziliśmy za ręce, przerwy spędzaliśmy razem. W niedzielę, pocałowaliśmy się po raz pierwszy, we wtorek wspólnie spędziliśmy Walentynki, a w sobotę mieliśmy iść do kina na pierwszą (i ostatnią) komedię romantyczną, jaką obejrzeliśmy. Jednak to piątek przyniósł największe zmiany.


Nic nie zapowiadało niczego niezwykłego. Ot, po szkole, jak zwykle zresztą, poszliśmy do mnie i oglądaliśmy kabarety. Kiedy wrócił mój tata, poszliśmy na spacer. A pod klatką kazał mi się odwrócić. Coś zaszeleściło. I zobaczyłam śliczną czerwoną różę wraz z pytaniem. No przecież, że się zgodziłam. 
Mieliśmy po 14 lat. I niech ktoś mi teraz powie, że takie związki nie mają szans :D


Rok później dostałam 12 wspaniałych róż (jedna za każdy miesiąc), po gimnazjum razem poszliśmy do technikum. Teraz mieszkamy ze sobą i planujemy kupno mieszkania. Jasne, są wzloty i upadki. Obydwoje jesteśmy uparci i ciężko nam uznać swoją winę, więc kłótnie to trzecia wojna światowa. 
Po jakimś czasie dopadła nas także codzienność, tym bardziej, od kiedy razem mieszkamy. Ale nie ma w niej nic złego. Przecież nie chodzi o to, aby każdą wolną chwilę spędzać razem. Czasem wystarczy po prostu być. Pokonywać razem trudności. 


A na koniec BONUS ;D Najlepsze książki o miłości, jakie poleca wam antyfanka romansu! :D Okładki są podlinkowane do recenzji :)